Zofia Węgrzynowicz
Może i zgłupiałam, ale raz w życiu można zgłupieć!
Data powstania
11 lipca 2026
Prowadzenie rozmowy
Magda Marciniak
Transkrypcja
Paulina Grabowska
Przygotowanie audio
Alicja Świerzewska
Tagi
Wysłuchaj historię mówioną
Od 1956 roku do, o matko, do 1993. No czyli tak jeszcze później pracowałam, bo już przeszłam na emeryturę i jeszcze 5 lat pracowałam ze względu na to, że firma niemiecka wyrażała zgodę, żebym ja pozostała w tej kontroli. Także jeszcze 5 lat później. To w sumie no tak 40 lat w sumie. Tylko że już byłam zatrudniona w firmie niemieckiej, nie w „Corze”, ale w „Corze” pracowałam, bo „Cora” dalej szyła, tak? I jako kontroler odzieży.
Skończyłam technikum krawieckie. Tak mnie ciocia pchnęła, bo rodziców nie miałam od piątego roku życia. Ciocia mnie pchnęła, mówi: „Zobacz, krawcowe jak są poszukiwane, będziesz zarabiać”. A ja w ogóle nie miałam chęci i nie miałam drygu nawet do tego. Raczej do handlu miałam dryg. No, ale nie miałam wyjścia, musiałam się słuchać. Poszłam do tej Kory. Poszłam w tym 1956 roku. Jak weszłam na tę halę pierwszy raz. No, wrażenie niesamowite, ale niekorzystne dla mnie. Huk maszyn, pełno. Ja mówię, a mieliśmy tak kiedyś, było w tych latach, że trzeba było odpracować taki staż roczny. Ja mówię: „Boże, jak ja tu wytrzymam rok, nie wytrzymam tu, ale co ja zrobię? Przecież ta ciotka mnie zamorduje, jak ja rzucę tę pracę”. No i tak się zaczęło. Ciężko mi było bardzo na początku. No bo jako młoda dziewczyna, to tak na górze koleżanki były, tak nas porozrzucali po całym zakładzie. No to w ubikacji się spotykałyśmy na przerwę. No bez przerwy przez głośnik mnie ogłaszali, że proszona jestem na swoje stanowisko pracy.
A mnie, no nie lubiłam tego. Jeszcze mnie posadzili na takim punkcie, na końcu już schodziły mundury wojskowe, bo „Cora” szyła mundury wojskowe i już ta produkcja się kończyła, a wchodziła produkcja takich misi „Paltek” z kapturami. Posadzili mnie na takim punkcie podszywania dziur. Już wywrócenie sztuki do prawej strony i podszywanie. Podszyłam 10, poleciałam znowu gdzieś. I to tak było bardzo długo do pierwszej wypłaty. No pierwszą wypłatę dostałam 300 zł, to pamiętam, przyszłam do domu, a ciocia mówi: „A co ty do cholery, ty pracujesz? Co ty robisz? 300 zł. Na co to jest?”. Ja mówię: „No tyle zarobiłam, tak mi dali”. Ta moja ciocia to była baba Herod. No i poszła do, przyszła do „Cory” do działu kadr i mówi, że chciałaby z dyrektorem rozmawiać. Zszedł dyrektor, to był dyrektor Syroka wtedy. No mówi: „Proszę pani, ile to jest akord, ile kto zarabia, to tyle płacimy i nic więcej nie możemy. Widocznie, córka, no nie wiem, albo jest niezdolna, albo nie chce. Trudno mi powiedzieć, ale ja zagłębię się w tę sprawę po pani wizycie i porozmawiam z nią”. A to byłyśmy młode dziewczyny przecież. No i tak się skończyło, że no później dostawałam i lepsze punkty, no i już się wzięłam, bo mówię: no ta ciotka w końcu się mnie pozbędzie gdzieś mnie odda, martwiłam się, pomimo że miałam już te 19 lat. No i tak to się zaczęło.
Na początku byłam brygadzistką w „Corze”. Nie, przepraszam, na początku byłam szwaczką i siedziałam na takich punktach do ręcznych prac. Później posadzili mnie na maszynę. Okazało się, że nie byłam aż taka najgorsza, bo jak mnie posadzili pierwszy dzień, a był zapas na wszywanie rękawów. A ja później po dwóch tygodniach tak opanowałam to wszywanie rękawów i jakoś mi to szło, i miałam taką chęć, werwę do tej pracy i wyprowadziłam cały zapas jaki był. Bo ta koleżanka, no nie wychodziło jej, pruła, od nowa szyła, a to jeszcze jak się pruje, to jeszcze gorzej wychodzi. No i później po, no po paru latach wysłano mnie do Łodzi na kurs mistrza. To ja się ucieszyłam, ja mówię: „Kurde, już nie będę tą szwaczką, tylko będę czymś zarządzać”. No i tak się skończyło, że zostałam brygadzistką w swoim zespole. Każdy zespół liczył 75 osób. To było dwuzmianowe. Na jednej zmianie 75 i na drugiej. No i bardzo sobie dobrze z tym radziłam. Jakoś sobie tak urobiłam swój zespół. No różne były kobiety: z Łowicza, z Falenicy, z Otwocka. Nawet jeszcze tam z dalszych zakątków dojeżdżały codziennie. No rozumiałam je, że były zmordowane, ale nieraz to już wychodziłam z siebie. Ta mówi, że się spóźniła, bo mąż przyszedł pijany i awanturę zaczął robić. Dzieci do sąsiadki oddała, to znowu druga tam znowu coś, ale jakoś tak sobie urobiłam, że naprawdę nie tylko na moim zespole, ale ogólnie naprawdę była taka atmosfera bardzo rodzinna. Czasami tam dziewczyny pod taśmą, to była taka taśma i ona się przesuwała, to był akord. Nieraz tam sobie wiedziałam, że winko piją, ale udałam, że nie widzę, ale już po pracy to tam uwagę zwróciłam. A później, jak skończyłam ten kurs, zostałam mistrzem. No to już wtedy bardzo dobrze i akurat na rynek weszła firma „Klaj” niemiecka i zaczęliśmy produkcję no taką na bardzo wysokim poziomie. Oni nas wyprowadzili naprawdę na taką firmę bardzo, jak to można nazwać, zapomniałam jak to się nazywało. Dostaliśmy w nagrodę znak Q jako zakład odzieży wysokiej jakości. Tak, ale dużo żeśmy nauczyli się od Niemców. Bardzo dużo, bo ta nasza produkcja to taka no nędzna była. Przecież to nie były krawcowe wykwalifikowane, tylko były normalne kobiety, które już miały dosyć czy tej wsi, czy tej roboty w polu. No i zdecydowały się przyjść do „Cory”. Większość takich była pracownic.
Powiem tak: czy dobra? Może z tym dobra, bo człowiek się wiele nauczył i zdobył dużo wiedzy. Bo Niemcy tak: swoje tkaniny przywozili, swoje guziki, swoje nici, różne techniczne takie rzeczy, jak na przykład maszyna do przyszywania guzików czy do stębnowania krawędzi, różne aparaty. Bardzo dużo żeśmy się od nich nauczyli idlatego żeśmy wyszli na taki zakład bardzo renomowany. No i później, no długo, długo trwała ta produkcja. Ciężkie początki były, bardzo ciężkie. Te Niemki krzyczały na nas. Tak żeśmy się czuły, jakbyśmy były nie u siebie, tylko w obozie jakimś. No tak było, bo były błędy, duże błędy były. No tak, trzeba przyznać.
To było w latach mniej więcej. Zaraz Pani powiem, bo ja tu przyszykowałam. To było w latach, trzymam to, tak już pożółkło, to nie ta gazeta. Tu są odznaczenia, bo zostałam odznaczona Srebrnym Krzyżem. W jakich to było latach, jakbyśmy tę produkcję zaczęli? Tu jak byłam brygadzistką, coś tu będzie za rok.
Chyba nie, nie ma tu roku. To z gazety ja wycinałam.
Nie było. Tutaj też nie mam. Tutaj mam tylko zdjęcie, jak tańczę z gałką w stroju ludowym.
I do tej pory chodzę na chór, chodzę do klubu seniora. Może tu będzie. Tu nie ma daty.
Ale zaraz, zaraz powiem, bo ja mam, jak tu się zaopatrzyłam, zaraz powiem. Zaraz Pani powiem po tym, jak zostałam odznaczona. To był rok 1977. Akurat wtedy wchodziła produkcja niemiecka. No trzymam na pamiątkę dla prawnuków.
No mam tych odznaczeń bardzo dużo.
Jak pracowałam w „Corze”, to na początku mieszkałam na Pradze Północ na Białołęckiej, nie wiem czy Pani się orientuje, przy samym cmentarzu.
Tylko tam później robili trasę i nasz dom zburzyli i dostaliśmy tu mieszkanie. To jako trzecie, bo te dwa to w ogóle nie pasowały mi, bo na Woli, bardzo daleko. I było nas czworo, dwoje dzieci i nas dwoje, a dostawaliśmy taki metraż, że to nie do przyjęcia. No i tutaj się przeprowadziliśmy, to miałam blisko do „Cory”. Ale jak tak z drugiej zmiany to wszystko ruszyło, to orszak taki, że nie wiem, wzdłuż tej Terespolskiej. Bo teraz Terespolska się bardzo zmieniła. Widziała Pani?
Jeszcze teraz powstaje to centrum muzyczne. Także jak myśmy do pracy szli, to konie stały, świnki były, różne zwierzaki były. A w ogóle w 43 roku to był szpital dla dorosłych.
Tak, tam właśnie tam nawet mojego męża ojciec zmarł w tym szpitalu, a później zrobili tę weterynarię.
Czas wolny?
Było, nie no, nie wyjęłam tych zdjęć, chciałam pokazać.
Było życie towarzyskie. No może tak, ale w soboty to był czas, że się spotykaliśmy.
Czy u mnie, czy u koleżanek innych. Dzieci się same zajmowały sobą, bawiły się. Także był czas, można powiedzieć, że był. Wyjeżdżaliśmy z „Cory” na wczasy przez 32 lata z mężem.
W Pogorzelicy. I w tym roku po 32 latach jadę do Pogorzelicy na wczasy, bo taki mam sentyment i po prostu ciekawa jestem, jak wygląda ta Pogorzelica teraz.
To jest, kochanie, na samym wybrzeżu, jak jest Niechorze, Rewal.
Pobierowo, to tam. No i mieliśmy takie domki w Pogorzelicy. No w samym lesie. Tutaj taki był domek, nazywał się „Jaś i Małgosia”. Tu dzieci miały kolonię i to tak. Tu była brama, tu się wchodziło, tu była siatka i tu oni mieli swój dziecięcy teren, a my tu mieliśmy te domki wczasowe. Także dzieci kiedyś sześć tygodni były nad morzem.
Bo no bo dwa tygodnie na koloniach. Przepraszam, na koloniach na początku to dwa lata to były trzy tygodnie. A później zrobili, że dwa tygodnie. To dzieci były tu dwa tygodnie i tak zawsze brałam wczasy, żeby zabrać je z kolonii na wczasy. A tutaj, tu jest właśnie tu chciałam powiedzieć, a tu jest właśnie nasz zespół. To jestem ja. I byłam z tą koleżanką. Dobrze, ja mówię, już z tą koleżanką i to był nasz mistrz. Jak ja byłam brygadzistką, to pan Marian był mistrzem. Później ja objęłam po nim stanowisko. A to jest Niemka, która odbierała od nas odzież po kontroli już mojej.
No bardzo, bardzo miła jako Niemka, ale te dwie, ta jedna, druga Helga, to była od cholery kobieta. Naprawdę tyle przykrości nam robiła.
Że no potrafiła nawet, bo jak nam tłumaczyła o co chodzi, że jest źle, że nierówno albo coś tam. Oni tak przywiązywali wagę co do centymetra.
Dogadywaliśmy się, bo ona pokazywała, a trochę to żeśmy pokumali, ale ja już przez te 32 lata, jak jestem na emeryturze, to zapomniałam. Ale później one się nauczyły polskiego.
I ta Weronika bardzo ładnie mówiła po polsku i bardzo ją lubiłam, bo to była taka kobieta spokojnego usposobienia. Ona jak już. A nie ma tutaj tej Helgi, ale może gdzieś będzie? Nie, nie ma. To proszę Panią, tak się zwracała do nas grzecznie i pogładziła nas po plecach, żebyśmy się nie denerwowały. Tamta to była. no jako człowiek niedobra, no taka prawdziwa Niemka.
Tak, one przyjeżdżały raz na dwa tygodnie. Przez te dwa tygodnie ja robiłam kontrolę już gotowej odzieży. Jak jeszcze coś tam mi się nie podobało, były poprawki, to od razu odrzucałam i dziewczyny musiały poprawiać. Ona przyjeżdżała i po mnie kontrolowała. Na początku miałam jeden odrzut, i to taki poważny, bo 100 sztuk.
Ja jeszcze nie wdrożyłam się w to wszystko, co one chcą, ale później nasz zespół został najlepszym zespołem. I jeśli dawali jakieś takie poważniejsze szycie, czy tych płaszczy nawet z flauszu, to dawali na nasz zespół. To jeszcze był Marian. No on odszedł na emeryturę, później ja zostałam. No nie chwalę, ale naprawdę miałam później dziewczyny wszystko opanowały po prostu. No zrozumiały, że tak musi być, no bo jak nie, to nie wygramy z nimi. No i żeśmy zajęły pierwsze miejsce.
I później już, jak ja odeszłam na emeryturę, to właśnie Weronika zaproponowała mi, czy bym nie została u nich w kontroli. No bo one wtedy też. jak dobra kontrola i porobione poprawki, to one też się cieszyły, bo to liczyło się na ich zasługę.
No z naszej strony też, ale one były tak bardziej. I tak do tej pory utrzymuję kontakty z Weroniką.
Ona jest w tej chwili, tutaj też jest ona. Ona w tej chwili z Niemiec wyprowadziła się do Hiszpanii. I mieszka w Hiszpanii. Teraz nie przyjeżdża, bo mąż jej zmarł, ale często przyjeżdżała, odwiedzała nas. Nawet mam tu zdjęcia.
Bo Niemcy byli z Berlina.
Z Berlina. A tu właśnie tak nawiązałyśmy kontakt To jest Weronika, że została chrzestną mojej wnuczki.
A tu jest 20-lecie obchodzimy pracy, współpracy z tą firmą „Klaj”. To w Ogrodzie Saskim w tej kawiarni zrobił właściciel tej firmy przyjęcie. I tutaj on jest.
Mnie się bardzo dobrze układały. Ja nie miałam problemów. Nie wiem, może dlatego, że ja jestem takim człowiekiem otwartym. Może za bardzo. Co myślę, to mówię. Czasami chyba sobie zaszkodziłam może trochę, ale już taka jestem, już się nie zmienię. No i dobrze. I z kierownictwem, i z dyrektorem. Później dyrektor Żwirem odszedł na emeryturę, przyszedł dyrektor Syroka. I właśnie dyrektor Syroka wprowadził Niemców na rynek do naszej „Cory”. To zawdzięczając jemu mieliśmy i zarobki nam się podniosły, ale później zaczęło się troszkę psuć, ale to po ilu latach, dlatego że zaczęli za mało płacić nam. A pomimo, ale siła robocza to kosztowała. Pomimo że oni oprzyrządowania swoje przywozili, materiały, nici, guziki, wszystko oni dawali.
Nie wiem, czy to w jakiejś współpracy było. Bo oni szyli i w Garwolinie, też była filia nasza. To w Chinach nawet raz byłam z Weroniką i z tą Helgą, bo tam też produkcja, ale ta produkcja tam, to była nieporównywalna z naszą jakościowo. No ale chociaż zwiedziłam Mur.
I zwiedziłam i widziałam jak psy jedzą. Normalnie w restauracji. Ojej, jak tego widoku nie zapomnę do końca życia. Jak ja idę do toalety przez taki korytarz i muszę przejść koło kuchni, patrzę: no jakieś zwierzaki wiszą. I później do Weroniki mówię, pytam się, ona mówi, że pieski. Ale ona mówi, że nie je, nie próbowała.
Ale się dziwiłam, że oni pieski jedzą.
No i tak spędziłam tyle lat w tej „Corze”.
Do nich.
Wszystko do nich szło. To nie było nasze.
Ale, no mogę teraz to powiedzieć. Było tak, że jak się kończyła produkcja i była przerwa tygodniowa albo dwutygodniowa, to zależy i tak żeśmy robili: kroili na krojowni, bo krojownia była na trzecim piętrze, że były oszczędności i nam na każdym zespole zostawały też oszczędności: guziki, co tam jeszcze, no wszystko, co było potrzebne, nam częściowo zostawało. Ale dyrektor był tak mądry, że powiedział nam jako dozorowi technicznemu, że: „Słuchajcie, jak coś zostaje, proszę tego nie marnować”, bo była kotłownia i był taki okres czasu, żeśmy musieli spalić parę tysięcy szpulek nici, bo jak byśmy zwrócili, to oni by nam już zmniejszyli.
Nie dali by nam, a nie wolno nam było wziąć. Bo była bardzo ścisła rewizja, więc była kotłownia i to się paliło. Ja nie mogłam tego przeżyć. Ja mówię: choroba, potrzebuję kawałek nitki, bo coś, bo ja w domu też troszkę szyłam, ale to już miałam swoje nici, ale nieraz tam córce coś zrobić, no nie miałam takiego koloru. W „Corze” jest ten kolor, a ja nie mogę wziąć, no bo się boję. Jak mnie złapie rewidentka, no to szkoda mi pracy.
No ale później już tak się zaczęło robić, że dyrekcja zrobiła z nami spotkanie. No i dyrektor powiedział: „Tylko wiecie, nie bierzcie furami, ale i nie mówcie pracownikom, niech to na razie tak zostanie. Ale jak potrzebujecie kawałek nitki, zostaje po pół szpulki, palimy to”.
Ja mówię: „Panie dyrektorze, ale jak to zrobić? Przecież jest rewizja”. A była taka jedna Renia, rewidentka, no taka cholera zła, że wszędzie zajrzała. Nawet buty kazała zdejmować.
I ja mówię: „Panie dyrektorze, taka prawda, no jak my to weźmiemy, nie weźmiemy”. No i nie wiem jak to tam było, że odważył się kolega, wziął dwie szpulki, taki prasowacz. No i na drugi dzień się pytam: „No i co, Marek, udało ci się?”. „Udało mi się”. Udało, ale u mężczyzn była inna rewizja, u kobiet inna.
To trzeba było odpiąć stanik cała, wszędzie. Ale i tak później już się rozluźniło, bo już Niemcy byli wiedzieliśmy, że odchodzą od nas i poszli z tą produkcją do Chin. No, ale my tu parę lat żeśmy skorzystali. Ten okres, w którym byłam, to akurat produkowaliśmy dla Niemców.
To znaczy kary to już naprawdę musiałoby być źle i ktoś powtarzał ten sam błąd.
No to ja musiałam zgłosić. No i wtedy taka pani czy pan nie dostawali premii.
Ale starałam się to robić już tak, żeby sami zrozumieli, że popełnili błędy, ale tak to na ogół, to nie można powiedzieć, nie było.
A co było. Ja mam płaszcz, mogę pokazać, piękny, czerwony. Szyliśmy na nasz rynek, ale nikt o tym nie wiedział. Każdy narzekał: „A bo drogo, bo to”. Ale naprawdę te wyroby warte były tych pieniędzy. Żeśmy szyli jak szły płaszcze z popeliny, oni mieli bardzo dobry gatunek popeliny, no to jak zostawało, krojownia oszczędzała też jak tylko mogła. Wykroili, myśmy uszyli, ale kupić na razie nie mogłyśmy. Ja co mam ten płaszcz i palto mam bardzo ładne z kołnierzem czarnym, futrzanym, i czarne palto, to załatwiła mi Weronika właśnie. Z transportem poszło. Ona kupiła na siebie i do Polski przywiozła.
Tak, bo tu nie mogłam kupić.
Nie, bo to nie na To było niemieckie, to dyrekcja nie mogła rozporządzać, ale już jak Niemcy odeszli, zostało tkanin bardzo dużo, no to zaczęliśmy szyć na rynek krajowy. I to były naprawdę ładne rzeczy. Na Dworcu Zachodnim do tej pory wisi napis „Cora” i jest sklep, co w sądzie była sprawa, bo ja nawet na tej sprawie byłam. Zastrzeżony był znaczek Q i zastrzeżone było używanie logo „Cory”. A do tej pory jest sklep.
A ludzie myślą, że to „Cory”. „Cory” nie ma tyle lat.
Mieliśmy swój sklep. Mieliśmy, mogły kupić. Drogie to były rzeczy, mogły kupić. I zdarzało się, że, ja natomiast te dwie sztuki dostałam w prezencie od nich. No ogólnie to tak mi się wydaje, że jak na tamte czasy, to „Cora” była naprawdę taką potęgą, nawet bym powiedziała światową, bo w Chinach jak ja pojechałam z nimi do tych Chin i popatrzyłam, jak ta jakość wygląda, to nie bardzo to było. No ale oni też wchodzili na ten rynek, bo tam bardzo tanio ich kosztowała robocizna.
Dlatego. A tutaj już dyrektor się nie zgodził na takie stawki, jak oni proponowali, no i dlatego oni zrezygnowali.
Mieliśmy lekarza na miejscu. I ginekologa, bo to dużo kobiet, i internista, i stomatolog był. Także opieka była też.
Był żłobek, był też żłobek. Później po paru latach był żłobek. Żłobek był, jak się kończy teren „Cory” zagrodzony, bo przez portiernię się wchodziło i wychodziło, to tam dalej, jak Stanisławowska, od Stanisławowskiej było wejście do żłobka.
Był żłobek. No i w Zakładach Wedla był żłobek. I u Kasprzaka też był żłobek, bo myśmy po tych zakładach jeździli na takie spotkania.
Ja korzystałam ze żłobka, ale na Bródnie. A, zna Pani Bródno?
Na Julianowskiej był żłobek i tak pracowaliśmy z mężem na zmianę, no bo nie mieliśmy pomocy z rodziców, bo ja nie miałam rodziców, męża mama była jeszcze młoda, pracowała. Więc tak: jeden tydzień ja woziłam dzieci do żłobka.
No bo tam mieszkałam. Na Bródnie mieszkałam parę lat i tam dzieci się dochowały do czterech lat. Tu się przeprowadziliśmy, ta córka miała cztery latka, a syn miał dwa i pół, niecałe trzy. I jeden tydzień ja woziłam, mąż odbierał, przywoził, pieluchy prał, podszykował trochę obiad na drugi dzień. Rano ja wstawałam, dzieci do żłobka zawiozłam. Kawał było na tę Julianowską od Białołęckiej.
I przychodziłam, kończyłam obiad, pieluchy prasowałam, bo się kiedyś prasowało. A to i a to okna umyć, i zdążyłam okna umyć, i sprzątnąć mieszkanie, ugotować. A dzisiaj okien już nie myję od trzech lat.
Ja miałam dwa wypadki. Tak się potłukłam, że w szpitalu leżałam. No i córka powiedziała: „Koniec, mamo, koniec”. No kiedyś, mówi, trzeba zacząć oszczędzać się.
No ale ja nie mogę, bo ja do tej pory cały czas żywotna jestem, chodzę na te zajęcia. No bo co ja w tym domu codziennie nie będę sprzątać, bo jestem sama.
Chodzę chodzę do klubu-kawiarni na Stalową.
W chórze śpiewam. Mam tych zdjęć masę.
A w „Corze” też chyba był dom kultury?
Tak.
Był wielki dom kultury i tam też należałam do chóru.
Tam mąż się krzywił, ale no bo czasami większość bo te chóry były dwa razy w tygodniu, później zrobione było raz w tygodniu, no to on miał trochę więcej roboty, ale no ja mówię: „Wiesz, ty lubisz co innego, ja lubię co innego”.
„Nie zabronisz mi tego”, mówię. Tak. No i tak spędziłam swoje życie. Kończę w tym roku 89 lat za parę miesięcy.
Ale w chorobie, ale myślę, że się wykuruję, mam nadzieję.
Nie, tam nie było mowy o zajęciach, bo to była dwuzmianowa praca. Dziewczyny do domu lecą.
Mieliśmy bilety do teatru.
Bardzo często. Dwa razy w miesiącu to chodziliśmy do Operetki. Były bilety, za które nie płaciliśmy. Mieliśmy swój ośrodek nad Wisłą, tam się odbywały potańcówki. Też żeśmy chodzili całymi rodzinami. No mam tych zdjęć masę, ale mówię, nie będę Pani.
Nie, oczywiście.
Nie było takiej możliwości, bo o 14:00 kończyła się zmiana, a już następni pracownicy przyszli na 14:00. Punktualnie się zaczynało.
Dwuzmianowa. Jak dziewczyny jeździły na przykład i z Łowicza dojeżdżały też. Bardzo rano wstawały i zajeżdżały, to już był wieczór, pod wieczór.
To znaczy to wyglądało tak: każdy miał swoje stanowisko i każdy miał na przykład była maszynistka, która tylko robiła stęgnówki, już w gotowej, dookoła stęgnówki. Były dziewczyny, które szyły oddzielnie jako element patki do płaszczy czy paski. Każdy miał coś przydzielone i musiał się z tym wyrabiać, bo były dziewczyny, które szybkie były i zrobiły to ładnie i szybko, a były takie, że popadały w zapas. No to jak popadały w zapas, no to jak była jakaś taka wolna też później kombinowały przede mną, żeby nie brać ich gdzieś indziej na punkt, ale to dodatkowa ich praca. I każdą sztukę kto robił, to pisał numer. I swój znak jakiś stawiał.
Bo jak na początku się zaczęło to robić, że były poprawki, no to tak: na wszyciu rękawów siedzą dwie. Ta mówi: „To nie moje”, ta: „To też nie moje”. Ja mówię: „To do cholery, to czyje to? Przecież wy dwie jesteście na wszywaniu rękawów”. „No to chyba Janki”. A Janka się odzywa: „To nie moje”. No to w końcu żeśmy wprowadzili, że stawiać będą znaki. To takie były niektóre wspaniałe, że podpatrzyły, jakie koleżanka stawia i zaczęły sobie stawiać.
No i ja się zorientowałam: „Wiecie co? Tak, ona ma dużo tych poprawek”. No bo to nie do przyjęcia, a to się później okazało. No i ta została ukarana, no niestety. No tak nie może być, bo każdej zależy na pieniądzach. I były punkty na wszywanie, na przeszywanie guzików. Miałam bardzo dobrą babkę na przeszywaniu guzików, szybką, nie miała nigdy zapasu. Na początku robił się ten zapas właśnie na wszywaniu rękawów, no bo jednak to trochę skomplikowane, żeby się ten rękaw ładnie tu zamykał, nie można go tu wyciągać, trzeba go lekko naddać. No były problemy, to sama siadałam i robiłam te poprawki, bo wiedziałam, że zrobię. A one, mówię, będą próbować jeszcze raz, to jeszcze gorzej będzie im wychodzić. No było trzeba było nieraz usiąść i kieszenie na przykład w kratę, jak szły żakiety i kieszenie w kratę musiały pasować z przodem. Jak tu granatowa krata, to kieszeń też musi mieć początek granatowej. Nie wychodziło im. Przeciągały to, bo to były wełniane, no grube co prawda. No ale też, już później to usiadłam na ich punkcie z boku i upinałam im te kieszenie. To już mówię, już nastęgnowują je dokładnie, jak będą miały upięte. Połknęłam szpilkę. No do szpitala mnie zawieźli tu na Grenadierów.
I też nie wiedziałam dokładnie, czy ja połknęłam, czy nie. Jedno badanie, prześwietlenie jedno, drugie, picie takich świństw. Nic nie wykazuje. „Ale Pani naprawdę połknęła?”. Ja mówię: „Panie doktorze, teraz tak jak pan mówi, to ja nie wiem dokładnie, czy ja połknęłam, czy nie. Wydaje mi się, że połknęłam, bo poczułam jakieś ukłucie w gardle”. No na prześwietlenie pod jakieś tam magnesy. No w końcu udało się to prześwietlenie, drugie czy trzecie, już nie pamiętam. Okazało się, że utkwiła w fałdzie odbytnicy i no ciężko będzie, nie dało rady jej wyjąć. Więc lekarz przepisał mi rycynę. No i tydzień zwolnienia, bo gdzie po rycynie do pracy.
Mówi: „Jak do soboty nie wyjdzie, to zostawimy Panią na zabieg”. Ja mówię: „No dobrze”. Przyszłam do domu i mąż mówi: „No i co?”. Ja mówię: „No nic, muszę a muszę się teraz pobawić”. „A z czym?”. Ja mówię: „No bo lekarz mi kazał, może wyjdzie”. No i piłam tę rycynę. No i rzeczywiście w sobotę w sobotę taki odgłos. Dzieciaki się patrzą, co się stało. Mama Ja mówię: „Szpilkę mam!”. Wyszła. Taka była zardzewiała i skrzywiona. Kwasy chyba.
No i musiałam iść do szpitala, zanieść ją, więc wzięłam w chusteczkę higieniczną i poszłam w poniedziałek do szpitala. No i mówi: „No dobrze, że tak się stało, bo wie Pani, z igłą toby był wielki problem, bo igła i z jednej, i z drugiej strony ma ostrze, a szpilka ma łepek”. No i takie przygody były. Palec sobie przeszyłam na początku, jak na maszynę mnie posadzili po szkole. No ale później wszystko się opanowało, ułożyło.
Powiem Pani, plecy to najgorzej miały osoby, które były na żelazku. Bo przy maszynie to jak ja na przykład jak ja byłam na początku na maszynie jako szwaczka, to jak czułam, że bolały plecy, bo to wiadomo, człowiek młody, no to sobie siadałam, oparłam się chwilę o krzesło i sobie posiedziałam. Ale ci, co stoją przy żelazku, to muszą stać.
No też tam siadają, od czasu do czasu odpoczywają. No a maszyny to były do prasowania tak jak od okna do Pani, takie długie. To ci mężczyźni tylko mężczyźni byli na maszynach.
Bo kobiety raz, że to wieko zamknąć, nogą trzeba mieć siłę przycisnąć, to oni mieli ciężką tę pracę i zawsze im na ten ich punkt większą stawkę bo stawki żeśmy to znaczy stawki ustala zawsze mistrz. Dostaje taką podziałkę na poszczególne stanowiska i wtedy on decyduje, komu ile dać. No rękawy to poważna operacja i to zawsze się dawało więcej, no bo to bardzo pracochłonne, no i uważać, bo Ale też zszywanie szwów, jak żeśmy szyły na kraj, to było różnie: krzywo, liwo, trochę i szło do przodu. Ale już z Niemcami to ona dosłownie brała centymetr i mierzyła.
I dlatego mówię, że Niemcy nauczyli nas dobrej roboty.
No klimatyzacji nie było.
Ale były wielkie okna i jak ja na przykład pracowałam od szóstej, to tak po piątej dwadzieścia ja już byłam, otwierałam wszystkie okna, żeby wywietrzyć, czy zima, czy lato. Oświetlenie było na razie marne, ale później bardzo dobre było. Duże lampy były. Na niektórych operacjach mieliśmy małe światełka. Dodatkowo pracownicy mieli na przykład na stebnówkach, bo jak pochmurno niby to światło było jarzeniowe, ale na granacie to pod stopką nie widać.
Hale były bardzo wysokie. I na hali było na jednej hali były dwa zespoły, bo był rano i popołudniu. Na drugiej hali też były przepraszam, na pierwszej hali były cztery. I na drugiej hali były cztery. I na górze, na drugim piętrze też tak było. Mój zespół miał numer 211.
No pamiętam, pamiętam. Także tak to wyglądało.
Na maszynach i na żelazkach stali. Na żelazkach, tak. Żelazka były bardzo ciężkie. Właśnie tutaj, tu jest.
Tak wyglądała hala. To jest moje pożegnanie na emeryturę, jak odchodziłam.
Tak, to był mój zespół.
Czasami 70, bo się pochorowały, ale na liście obecności miałam 75. Każdy zespół tak miał.
O, tu jest też właśnie, jak byliśmy w Chinach, to jest Weronika, a to jest jej mąż. A to nasze życie towarzyskie, jak jeździliśmy na wczasy. A to jest z Ogrodu Saskiego, to dwudziestolecie.
Tak.
Tu Weronika przyjeżdżała, to u nas żeśmy gościli. Właśnie była chrzestną tej wnuczki. Bardzo przemiła kobieta. A to moja współpracownica. Dwie brygadzistki były na każdym zespole na jednej zmianie.
Do tej pory utrzymuję. O, kartkę mam od niej. Teraz przyszła. Tylko czekam, żeby mi przetłumaczyli, bo nie wszystko mogę odczytać. No i tutaj też na wczasach w Pogorzelicy. Tutaj też taka była gromada. To brygadzistka z krojowni tutaj. Taka Halinka, bardzo miła.
Raczej raczej u nas w „Corze” nie, bo wszystkie co przychodziły, to były mężatki. Także tam wyjątkiem taka była jedna na krojowni brygadzistka Ziutka, bardzo ładna kobieta, naprawdę bardzo ładna, już nie żyje. No to dyrektor tam się podsuwał do niej. Myśmy wiedzieli, ale udawaliśmy, że nie wiemy, ale już ona nie żyje. I dyrektor Syroka też zmarł. No to rodzina, ale to w Pogorzelicy. O, tu Pogorzelica. No gościliśmy się bardzo. Było mi się wydaje, że było tak rodzinnie i bardziej jak teraz w tych pracach. Bo moja córka jest już na emeryturze cztery lata, ale pracuje jako księgowa. Ale powiem Pani, że to co teraz może dlatego, że u nich, ale ja słyszę, że tam kobiety, jak rozmawiamy z koleżankami, to jak rozmawiam, to tak mówią, że tak jest. Mówię: u mojej to samo, jeden drugiemu stołki podstawia. Taka, takie atmosfery są nie bardzo.
Mnie się wydaje, że mniej było rywalizacji, więcej zrozumienia było. Ludzie jakoś ze sobą współpracowali. Nawet jak tu się sprowadziłam, to po dwóch latach zaprzyjaźniliśmy się z jedną rodziną, z drugą, a teraz wynajmowane albo Ukraińcy mieszkają. Idzie, mówi: „Dzień dobry”. No, „Dzień dobry” odpowiadam, ale przecież nie będę się pytać, pod którym pani mieszka. No tak, ale już nie jest to, co było. Dzieci z góry od sąsiadów przybiegały do mnie, jak racuchów nasmażyłam: „To do pani Zosi idziemy na racuchy”. „Przestańcie, bo już mi jest wstyd!”. „Mama, idziemy na drugi raz”. Ona tam coś zrobiła, dzieciaki. Zupełnie naprawdę inaczej było. I na Bródnie to już w ogóle. Na podwórku dzieci w lato jadły, nie w domu.
Huśtawka była, wszyscy się bujali. Mieliśmy taką jedną panią Karpińską, starsza była, to mogliśmy jej zostawić całą piątkę, bo pięcioro tych dzieci było tam pod dwójką. Ona przypilnowała i były i najedzone, i picia im dała. A dzisiaj tego nie ma.
Chodzę do Sinfonii.
Na koncerty. I tam żeśmy nawet występowali dwa razy. Nasz chór nasz chór nazywa się Cała Praga Śpiewa pod kierunkiem Roberta, tego zapomniałam. A zaraz Pani pokażę. Pod kierunkiem Roberta Lipki. O, jest nasz chór. A tu mam dwa lata temu jako Warszawianka Roku.
Korale są drewniane.
To było w tym w pismie „Pokolenie”. Zaraz pokażę. Ja tyle tego mam, że już się zaczynam gubić. Nie wiem, w którym segregatorze dokładnie co mam. Może nie znajdę nawet teraz na szybko. Proszę się poczęstować. Zaraz zobaczę. Tu nie ma. Powinnam tu mieć zdjęcie. 300 piosenek mamy.
Tak, ale ja sobie pomyślałam: Boże, przeżył człowiek i dobre, i złe w tych murach, a tu tak rozwalili. Nawet nie jesteśmy. Nie tylko ja, bo jeszcze kilka osób żyje zdenerwowanie, że po prostu tak postąpili, że nawet nas nie powiadomili, bo byśmy. Nawet Weronika do mnie napisała list, dlaczego nie zrobiłam zdjęć. Ja mówię: słuchaj, to było tak wszystko nagle, myśmy w ogóle nie przypuszczali, że to tak szybko będzie. Jeszcze w innym mam…
Ale w jakim czasie?
Jeszcze w zakładzie pracowałam, tak. „Cory” nie ma ile lat. Mój mąż nie żyje 15, no to będzie gdzieś koło 20 lat jak „Cory” nie ma.
No, to znaczy praca się nie zmieniła, ten sam charakter miała co od początku było.
Szycie odzieży damskiej, częściowo męskiej, ale bardzo mało. Raczej wszystko damskie i tak do końca było.
Nie.
W latach 90 jeszcze była produkcja niemiecka. Bo ja w 93 odeszłam na emeryturę. I jak ja odeszłam, jeszcze zakład istniał. No, jeszcze istniał chyba z pięć lat. Bo nawet czasami tam wpadałam na swój zespół porozmawiać tam z dziewczynami. To jeszcze była produkcja niemiecka.
To znaczy, jak już wchodziła produkcja niemiecka, to tylko robiłyśmy, robiłyśmy dla Niemców, polskiego nic się nie robiło. Dopiero jak oni wyjeżdżali, bo mieli takie okresy dłuższe, na przykład dwa miesiące przerwy, to w tych dwóch miesiącach jak ta krojownia zaoszczędziła materiały, to szybko kroili, szyliśmy i na rynek. Ale oni o tym nie wiedzieli.
Czy jak?
Na to na początku nie.
No nie do końca, bo do mojej emerytury. Tak, bo oni wcześniej przerwali w 1993 roku. To ja już przeszłam do kontroli technicznej niemieckiej. A jeszcze produkcja trochę szła. A później już to pracowałam 5 lat u nich, to znaczy w „Corze”, tylko że już na którą godzinę chciałam, to sobie poszłam. Albo mistrz z tego zespołu dzwonił, że: „Słuchaj, jest produkcja do odebrania, a nagromadziły nam się trzy wózki, trzeba do magazynu zwieść, to jakbyś mogła, to przyjdź”. No to i tak wpadałam. No przez te 5 lat to naprawdę ładnie zarobiłam u nich. Położyłam sobie podłogi ładne, ale zalali mnie dwa razy, musiałam panele, bo teraz nie dam rady, ale podłogi położyłam, wiele rzeczy sobie zrobiłam, których w „Corze” bym nie dała rady, bo nie były te płace takie jakieś wielkie. Na tyle, na ile mogli, no. No nie byłam tak przygotowana.
Nie mogę, za dużo tego mam. A tu śpiewałam w chórze Tonika. Prowadziła pani Sadowska, która miała 93 lata, jak zmarła.
Chór. Ale ten chór istnieje, ale ja już do niego nie chodzę.
Teraz nie chodzę, bo za dużo, już nie dałam rady. Nie mogę znaleźć tych zdjęć. Takie ładne zdjęcia mam.
To myśmy byli powiadomieni.
Nie wiedzieliśmy, że to się wydarzy. Nikt nas nie powiadomił.
To się tak odbywało, że zmniejszała się produkcja, bo trzeba było wyszyć te tkaniny, które były. Bo co z tym zrobić? I żeby jakieś pieniądze były, prawda? Później ulokować wszystkie bo zostało mnóstwo nici. Ulokować to gdzieś, guziki i już żeśmy się tak przygotowywali, już było, że to będzie koniec. Jeszcze jak ja pracowałam ja bo jeszcze jak ja odeszłam, to jeszcze Niemcy pracowali, właśnie tak jak mówię, że dzwonili tam do mnie, żeby przyjść, drzwi przyszykować do wysyłki. No i tak. No a co my mogłyśmy zrobić? Nic. Nic. A czyje to było zarządzenie? Nawet koleżanka chciała lata pracy do emerytury i też nie mogła uzyskać. Chodziła do tego głównego urzędu, gdzie przechowują. No i nie wiem, na czym się skończyło, bo ona czy ona doczekała tej emerytury, czy nie, bo nie miałam później kontaktu z nią.
Musieliśmy zmniejszać, żeby wykorzystać wszystkie tkaniny i te dodatki. Przecież to podszewek tyle, klejonek ile. A to wszystko kosztowało.
No ale też część na pewno ja już przy tym nie byłam poszła na zniszczenie. Mieliśmy własną kotłownię, to na pewno palili.
A my właśnie nie wiemy, dlaczego to się tak skończyło. Nie wiemy, jaka była przyczyna.
Ja myślę, że ktoś był taki silny, że miał dużą kasę, a już dowiedzieli się może, że Niemcy odeszli od nas. No to nie wiem, czyje to zarządzenie było, gdzieś z wyższej półki musiało być. Dyrektor przez jakiś czas to ukrywał, że to będzie upadek. Później dziewczyny o emeryturę się starały, no i nie wiem jak to się skończyło, bo po kilkanaście razy jeździły, żeby jakieś dokumenty dostać.
To mówili, że nie ma.
Nie wiem. Jeszcze żyje taka Helenka, mieszka tu koło mnie. Ona pracowała w kadrach, starała się o emeryturę, no i mówi: „No zobaczę”. Mówi: „Nie wiem, co z tą moją emeryturą będzie, bo ja nie mam lat z „Cory”.
Jeździła do tego urzędu. Tak, ja nie wiem jak teraz jest, były wielkie problemy. To co, oni by popalili akta wszystkie? Żeby śladu nie było, czy jak? Nie mam pojęcia, czym to było podyktowane.
No te te dziewczyny, które dojeżdżały, to wróciły. Część poszła w tamte strony: Otwock, Łowicz. W Garwolinie była filia i ta filia jeszcze jeszcze pomału pracowała. Ta filia była taka oni zaczynali się uczyć szyć, bo tam wszystkie były kobiety ze wsi.
To jeszcze ta, jak zostały nam te tkaniny, już wiedzieli, że będzie rozwiązanie „Cory”, no to wszystko tam zawieźli i oni tam kończyli.
Bo tu już nie było szans.
Przerwa była 15-minutowa, gdzie była stołówka ładna. No i tam musiały opuszczać całą salę, jeden zespół i drugi. Wtedy żeśmy okna otwierali, wietrzyli. No i śniadanie naprawdę jadło się na biegu, bo jak no ja sama nawet, jak któraś tam spóźniła się 10 minut, to już tu się robił zapas, bo ta, co przed nią, bystra, to już jej nawaliła roboty i ona później nie dawała rady.
Także bo to był system akordowy, taśmowy.
Jak się gdzieś na którymś punkcie zawaliło, no to ja musialam siadać i pomagać, żeby to rozładować, bo dalej nie szła robota, a dziewczyny czekały na sztuki. To jedna od drugiej była zależna.
Jak w ciąży, to ale wcale tak problemów nie było. Dawały sobie radę.
Pomimo że w ciąży. Więcej było problemów z tymi zdrowymi.
No bo nie wszystkie były takie zdolne, no nie wychodziło im.
Wełna. Głównie wełna. Czy gruba, czy cienka. Żakiety bardzo ładne z wełny.
Właśnie z Niemiec.
Z Niemiec. A te nasze to były z tego jak tam się nazywa nici to z tej miejscowości Soli były, ale taka jakość tych nici była, że coś okropnego. Ja sama jak nieraz pomagałam, to się denerwowałam, bo co chwila się zrywały i zrywały, albo supły się robiły i z tym nawlekaniem problem, i już się hamuje praca cała. Ale jakoś szło.
Bardzo dużo, bardzo dużo, bardzo dużo.
Moja córka do tej pory ma płaszcz z „Cory”. Proszę, bo jak na prawej stronie połowy od środka był znaczek „Cory”, pisało „Cora”. Miała Pani coś takiego?
Nie no nie, ja nie, ale nie mam znaczka, bo znaczek poszedł do muzeum. O, taki płaszcz, w takim kolorze. O, czerwony, to jest „Cory”.
Bardzo ładny krój z przodu. Dwurzędówka. No jak ja teraz tu założę i tak idę gdzieś na jakąś imprezę, no to dziewczyny: „Ale ty masz płaszcz piękny!”.
Normalnie w podszewkę.
Jedwabna.
A tutaj mam płaszcz, palto o to czarne i taki kołnierz futrzany.
I też te kołnierze futrzane to przywozili z Niemiec. Widzi Pani kołnierz?
No jest to dla mnie robota. No tylko jak szło do Niemiec, to tu „Cory” nie było.
Dlatego tu nie ma i tu też nie ma, bo to kupione tak na lewo, można powiedzieć.
Tak, tak, ale jakoś tak samo. No płaszcz, płaszcz to będzie miał ze 32 lata i palto prawie tak samo.
A te nasze tkaniny teraz jak ja widzę, te młode kobietki chodzą, takie ładne i krój ładny, ale tak tu na piersi zaraz się mechacą.
O jakość tkanin Pani pytała.
No nie ma porównania z niemieckimi: nasze a niemieckie.
Jednak oni mieli bardzo dobre podszewki. Jakie dobre mieli. No u nich jakość była na wysokim bardzo poziomie, trzeba powiedzieć. I tak spędziłam swoje życie w tej „Corze”.
Ale nie wiem dokładnie, o co Pani chodzi.
No miałam bardzo dobry dojazd. No bo tu jest przystanek, jak ten blok. To jeszcze kawałek chodniczek idzie i jest tu przystanek, stąd.
I było 135, a teraz na stare lata zabrali nam 135, bo jeździ Poligonową, Jana Jeziorańskiego i my nie mamy tu autobusu prawie, trzeba takie rondo obejść tu, żeby wsiąść w 135, albo jeden przystanek iść do przodu, który jest bardzo długi. A przedtem tylko na drugą to ja wychodziłam, wybiegałam tylko że biegiem w pół do drugiej, bo akurat autobus był w pół do. A zanim doszłam Terespolska długa ulica jest. No to wychodziłam tak w pół do drugiej, a do domu to już leciałam biegiem, no bo dzieci trzeba odebrać. A później tutaj jak się przeprowadziliśmy, to już poszły do przedszkola. I taki, taki miałam dzień i w pracy niedobry, że aż się popłakałam i wyszłam z tej pracy, wzięłam te dzieci z tego przedszkola. Na Podskarbińskiej było przedszkole. Jak był Dom Partii, Pani na Grochowie mieszka?
To na Podskarbińskiej był Dom Partii tam na rogu. Nie wiem, jak ta poprzeczna ulica się nazywa. Tyle lat mieszkam i nie wiem, ale wzięłam te dzieci, idę do przystanku do 135. Załadowany ten przystanek, jak nie wiem. Autobus przyjechał, nie wsiadłam z tymi dziećmi. Ten się kręcił, to taka wiercipięta ten mój syn był. Ja mówię: „Chyba was pozabijam!”. „Mama, ale mnie nie, mnie nie, ja tego nie zapomnę, ale mnie nie!”. Ja mówię: „To tak to sobie pomyślałam: Ewę mogę, a ciebie nie?”. Już nerwy moje nie puszczały, no bo to strasznie dla mnie to były bardzo pracowite lata.
Bo jak dzieci większe, to co innego, ale jak małe.
O drugiej.
A że to na ten przystanek sobie podjechałam…
… poszłam na Podskarbińską. Zabrałam z powrotem, to już powoli, bo dwoje dzieci. I wracało się powoli do domu.
To było tak: był gruby zeszyt. Tak: „Stefciu, dzisiaj masz zrobić to i to. Położyć dzieci o tej, o tej godzinie, nie przeciągaj”. No i tyle. I to tak był cały tydzień. Było tak, że nie było tak jak ja zrobiłam, nie było. Ja też nie byłam idealna, tak jak on nie zrobił, no i kłótnia od razu. „A cholera, to, a tamto!”. I to tak było do paru lat. Tak było, dopóki dzieci nie były większe. A nie poszły do szkoły, to mąż pracę zmienił, przyszedł tu do warsztatu prywatnie pracować, bo jak ja na szóstą, to kiedy ja te dzieci.
To musiał on zaprowadzać, a tutaj miał tak unormowany czas pracy: mógł na ósmą iść, to wtedy do czwartej, albo mógł iść rano, jak jak mu pasowało. A ja nie mogłam, ja musiałam być na godzinę, bo o drugiej myśmy schodziły z taśmy, wchodziły drugie i już były brygadzistki inne, one miały ten swój zespół. To tak to wyglądało i tak cały czas był zeszyt: „Ty to, ja to”. A w końcu nie wyszło, no to oczywiście awantura, w sobotę przeprosiny.
Też. Tak. Tak. Tylko do osiemnastej. Od szóstej do dwunastej i od dwunastej do osiemnastej.
Pracowaliśmy i w sobotę.
A jeszcze było tak, że w niedzielę na prace społeczne trzeba było iść.
No żeśmy jeździli Na przykład co to było murowane w Śródmieściu, chodziliśmy tam cegły podawać. Później wywieźli nas na zbiór pomidorów. No ale to żeśmy się wtedy ochwacili, bo nie wiem czy to był właściciel tego, to był PGR, to chyba nie, to było państwowe. Pozwolił nam, mówi: „Bez przesady, ale możecie sobie wziąć pomidorów”. No to każda z nas tam sobie wzięła: jedna mówi: „Będzie przetwory robić”, druga mówi: „A duża rodzina, to zjedzą”. I chodziliśmy na takie prace społeczne jeszcze w niedzielę. No 1 maja to już obowiązkowo.
Mąż brał chłopca, ja brałam córkę. On szedł do swojej fabryki, ja do swojej. Tylko że ja to tak pochodziłam, później się pokręciłam, pokręciłam i do domu. A jak mężczyźni, to wie Pani, jeszcze na piwko. A sobie poszli. No i jak przychodzi: awantura! „No bo zamiast przyjść i pomóc, to ty na piwko z kolegami idziesz!”. „No raz na jakiś czas to mi nie wolno?”. Ale też miały fajne uroki, miały te majówki. Te pochody majowe. Najbardziej to się dzieciaki cieszyły.
No właśnie tu, a nie pokazywałam zdjęć? Zaraz Były, były! Dostawałyśmy albo pończochy.
Goździki albo rajstopy, albo co myśmy jeszcze Jeszcze coś żeśmy dostawały. Każda kobieta dostała. A tu mam z Dnia Kobiet. To spotkanie było z Gierkiem.
Zdarzało się, zdarzało się, były akademie. Zdarzało się, tak.
No raczej tak, raczej przygotowywaliśmy się, żeby to jakoś wypadło. Tutaj mnie nie widać, ja jestem tutaj, ale tu to jest tutaj chyba są Zakłady Róży Luksemburg albo Wedel, to trzeba było czytać. To Zakłady 22 lipca. Tu jest. Tutaj Luksemburg, Róża Luksemburg. A tu chemii, to ja nie wiem co to było, bo ja tam nie chodziłam. Farma ta Polfa. W Polfie mieliśmy wycieczkę. No były, są tu te zdjęcia, ale są tu takie z poszczególnych To jest Róży Luksemburg, ale z „Cory” tutaj nie ma zdjęć.
Tu jest dziękować, bo oni jeździli tak po zakładach.
No mieliśmy duży dom kultury, wielki, wielka sala była. No i mieliśmy lekarzy wszystkich specjalizacji, bardzo dobrze. Tutaj to jest. To było plenum, wielkie plenum. I tutaj właśnie moje całe przemówienie jest.
A tu są przedstawiciele „Cory”.
Nie, takiego żargonu to u nas nie było. Częściej przeklinali.
Ale tak, nie tam w czasie przerwy, czy jak tam któraś miała luz na swojej operacji, nie miała roboty, no to tam różne takie kawałki mówiły, a to śpiewały. A nawet było tak, że mieliśmy radiowęzeł.
I przez radiowęzeł biegła muzyka.
No to już jak grali jak się nazywała ta piosenka? „Lambada”. No to większość tych dziewczyn moich stawała i przy maszynach się ruszały, i tańczyły. Taki był moment właśnie, że jak one zaczęły tańczyć, to ja na środku, między jedną taśmą a drugą, stanęłam, i też się. A tu z tyłu dyrektor mówi: „No to ładnie się pracuje!”.
Mówię: „Ale dobrze, że jesteście z muzyką za pan brat”. No i nic nie mówił, ale jak później drugi raz tak przyszedł: „No nie będzie dzisiaj „Lambady”, dyrektorze?”. „To wam załatwię!”.
Ale cały czas szły melodie przez radiowęzeł, także mówię, że było tak naprawdę inaczej. Tak rodzinnie, zawsze któraś tam coś upiekła, upietrasiła, przyniosła, poczęstowała. Ale nie wiem, teraz to nie ma zakładów takich produkcyjnych w ogóle, ile zawodów zanikło.
Jeszcze jakoś ten zawód krawiecki jakoś tam jeszcze zipie, ale to prywatnie.
Bo nie No jeszcze są zakłady Bytomia chyba, istnieją?
Męska odzież. Bardzo to właśnie męskie chyba są.
Męska odzież, tak. A tak to zlikwidowane, nic nie ma.
Bardzo I było tak, że te ciuchy chińskie się kupowało, bo były tanie.
A teraz rynek znowu nie wiem jak, ale tu u nas na Wiatracznej jest kilka bud i no jest tych Chińczyków dużo, ale one mają wszystko ze sztucznych tkanin. A jak tu z brzegu, gdzie kapcie są, pan handluje sukienkami, bluzkami. No sukienka, prosta sukienka, taką jak ja mam, nic specjalnego, i to na overloku to fru poleci i już 210 zł. Droga, bo byłam z koleżanką teraz, bo pogrzeb miała i mówi: „Chodź, Zosia, ze mną, bo chcę kupić”. On mówi: „Nie mam takiej sukienki odpowiedniej, a to kuzyn, to nie wypada mi iść na kolorowo”. No poszłyśmy, no 220 zł. Nie kupiła tej sukienki. Żadna wykwintna, prosta sukienka, krótki rękawek, krój maks, taki dla od tęższych kobiet, że wyszczupla i tu leciutko rozszerzona. No ile to roboty przy takiej sukience? Dobra szwaczka to godzinę i 20 minut uszyje tę sukienkę, a materiały bardzo zdrożały.
Ale ja w piwnicy mam takie pudło materiałów. Ewa, moja córka, już mówi: „Mama, zrób z tym porządek, bo co, my to wszystko na śmietnik wyrzucimy?”. Mam chyba z pięć kuponów takich na letnie sukienki i chętnie bym komuś oddała, kto by chciał sobie sam uszyć. Ale do krawcowej to się nie opłaci też.
Nie wiem, czy by przyjęli do muzeum.
Dałam wyzywaczkę
Pragi.
Ale gdzie ja jadę do Łodzi, nie?
Mam piękne materiały i to jeden kupon to jest czerwony i podszewkę mam do tego, bo miałam sobie uszyć sukienkę i nie uszyłam.
Później overlok sprzedałam, po co pożałowałam, bo bardzo nie miałam gdzie go trzymać w tamtym pokoiku, mały i miałam pięcioszpulkowy. No bo już mówię: jak kupić, to kupić coś porządnego, bo to od razu zszywa i obrzuca. Ale później sprzedałam, bo już nie ciasno się robiło. Syn się ożenił, żonę przyprowadził tu z dzieckiem. Tu jeszcze córka mieszkała. No i mówię, pozbyłam się, a teraz jak coś potrzebuję, to do synowej lecę, bo ona już przeszła na emeryturę, ale kupiła sobie bardzo fajną maszynę przemysłową, taką jak w „Corze” miałyśmy. Wszystko pójdzie, skóra, nie skóra.
I owerlok ma świetny. No to tam do niej się zawsze umizgnę i jak coś, to mnie obrzuci czy przeszyje, bo moja maszyna jest domowa. Ja jeszcze mam maszynę i szyję. Tak, koleżanki obszywam. „A obszywałabyś mi firanki?”. „No obszyję ci”. „Obszywałabyś mi to?”. „No zrobię ci”. No nawet z nudów, co ja mam do roboty? Ale moja maszyna nie obrzuca, bo ja kupiłam. Mąż szedł do wojska i kupiliśmy tę maszynę, bo ja mówię: muszę coś zarabiać jak wrócisz, bo trzeba będzie coś kupić tobie, bo myślę, że urośniesz. Bo mój mąż skończył w listopadzie 18 lat, a na drugi rok w marcu braliśmy cywilny ślub, a w kwietniu kościelny.
Ja byłam starsza od męża o 2 lata. A jest portret nasz tam.
Chudy był jak nie wiem, a później się upasł jak świntuch.
No kiedyś to nie było tak jak dzisiaj.
Tak, i tu był tiul, i takie gwiazdki na tym były. A człowiek patrzy, to w ogóle siebie nie poznaje. Włosy miałam piękne, gęste, takie grube warkocze miałam.
Mogę zdjąć.
Wspomnienia tylko zostają. No Jeszcze spotykam się z koleżanką, która właśnie w tych kadrach pracowała. Helenka mieszka ode mnie dwa przystanki, to się w kościele spotykamy.
Też już schorowana, ale też taka fajna. „Jaki i tak mało zarobiłam”. No i tak ona kiedyś przyszła na zespół, mówi: „Chodź trochę pogadać”. Ja mówię: „Słuchaj, nie mogę akurat teraz, bo już, mówię, przyjechały Niemki, to lada chwila wejdą, nie będzie mnie, no to później przyjdę do ciebie”. „To zadzwoń”. „Dobrze, zadzwonię do ciebie, jak już pójdą wyżej”. No i co ja miałam powiedzieć? A, i ona właśnie przyszła do mnie i mówi: „Tak Co ta twoja ciotka, zwariowała? No przyszła, tak narozrabiała, myśmy się też zdenerwowali”. Ja mówię: „Helenka, no tak było”. No nie przykładałam się do tej roboty, ale to trzeba było jakoś inaczej robić. Ja mówię: „Jak mogłam inaczej robić, jak mnie nogi swędziały do latania i latałam: góra, dół, góra, dół!”. Tamte też przyleciały do mnie, już przez megafony ogłaszają, że ta i ta ma się zgłosić na stanowisko pracy. No bo brygadzistka zaraz zgłaszała, no bo się robota hamowała. Każda z nas dostała swoje stanowisko, co ma robić. Pisało się numery i się stawiało swój znak. I ale jak ja wpadłam, było kilka sztuk, to ja raz, dwa podszyłam, podszyłam, nie mam chwilowo co robić, no poleciałam. Jak poleciałam, to się zagadałam.
O czym gadałyśmy?
O różnych rzeczach żeśmy gadały. Tam miałam taką pracownicę, która no taki miała charakter, że wszystko na „nie”. Za co by się człowiek nie wziął, coś powiedział, to wszystko na „nie” było. I mówię: kurde, jak ja się mogę tej Kobylińskiej pozbyć z tego zespołu, bo już mnie zaczyna ponosić. No ale w końcu jakoś tak się złożyło, że ona zachorowała i musiała się zwolnić. Ale i gadałyśmy o takich swoich, o dzieciach, o mężach: która jakiego ma męża. A ten zazdrosny, a ten przyszedł pijany, awanturę zrobił. No różne były tematy jak między kobietami, tak? A zwierzały się: „I tak, pani Zosiu, jakby można jeden dzień wolny”. Ja mówię a nie było tak, że z urlopu można. Mówię: „Słuchaj, nie wiem, przyjąć zwolnienie, zwolnić cię mogę, ale dnia wolnego ja ci nie mogę dać”. No nie mogę, bo jak? Przecież statystykę miesięczną robili do wypłaty, ale to to nie były dni urlopowe. Każdy miał indywidualnie.
No tylko święta były wolne: 1 Maja.
15 Sierpnia, to narodowe święta były wolne, a dni wolnych nie miałyśmy. Żadnych, nie. Jeszcze w soboty pracowałyśmy. Taka kobieta kiedy ona to w niedzielę, to harowała cały dzień w domu. A to pranie, a to prasowanie, bo każda miała dzieci. No różnie było. Jedne zadowolone z życia, drugie niezadowolone.
Lubiłam pierwszą zmianę. Bardzo, bo miałam więcej czasu i dla dzieci, i wieczorem dla siebie. Już jak godzina dwudziesta, ręce składałam do Boga, że mogę odpocząć, bo one poszły spać. To ja sobie albo wtedy książkę, albo z mężem żeśmy układali jakieś plany na następny dzień, jak to będzie. A w końcu żeśmy się pokłócili przez ten zeszyt, bo tylko ten zeszyt był w obiegu. No tak. To nie tylko ja jedna tak miałam.
Dużo kobiet tak miało.
Najtrudniejsze?
Najtrudniejsze to było dla mnie wychowanie dzieci. Nie miałam żadnej pomocy. Nie miałam. Teściowa była młoda, 42 lata miała jak zmarła, pracowała. Ja rodziców nie miałam od piątego roku życia. Jednego dnia straciłam. A przydałaby się. Tak smutno mi często było. Takie miałam napady, takie jakieś pretensje do całego świata, że nie mam siostry, bo tylko jedna byłam, bo rodzice moi młodo odeszli. Mama miała 32 lata, a tata 30. I też Stefan, tak jak i mój mąż na imię, i dwa lata mama starsza była.
I czasami mi było trudno. Ile nieraz sobie łez wylałam, że po co mnie ta matka na tym świecie zostawiła. Tu trzeba zrobić, tu trzeba tu zrobić, tu są dzieci, to płacze, to chce pić, to chce jeść. No chwilami było tak, że nie ogarniałam tego. A już jak na pierwszą zmianę, to już miałam tak wszystko unormowane, zaplanowane, że sobie radziłam, ale na tych dwóch zmianach to przechlapane miałam.
Jaka mi najbardziej utkwiła. No może, może to, jak wyjechaliśmy na wczasy, bo mieliśmy swój autokar, dwa nawet. I tam na wczasach taka Halinka właśnie z krojowni, brygadzistka, ona taka była zawsze cichutka jak myszka, skromna, no ale oczywiście był alkohol. No i nie wiem, ale dużo nie wypiła, nie żeby się tam zataczała, ale takiego nabrała humoru! I później mnie wprowadziła w to wszystko i ja tak zaczęłam szaleć. Mój mąż mnie wziął tam na bok za krzaki i mówi: „Słuchaj, ty się uspokój!”. Ja mówię: „A co ja takiego robię? Wstyd ci przynoszę, czy co?”. „No nie, ale to nie wypada”. Ja mówię: „Tobie może nie wypada, a mnie wypada! I dobra”. Co zrobiłyśmy? Poszłyśmy z tą Halinką do domku, a ona miała właśnie ona tu jest na zdjęciu z mężem, takiego szczuplutkiego też mieszkają tu na Gocławiu, spotykamy się do tej pory. On taki szczuplutki i mówi: „Zosia, zrobimy kawał”. Ja mówię: „Ale jaki ten kawał? Idź się ubierz”. Ja mówię: „Ja nie mam się w co ubrać”. No w tej sukience. Brało się długie sukienki na wczasy kiedyś. Jaki człowiek był głupi!
Słucham?
Tak, inaczej nie, tylko długie sukienki. Właśnie tu jest zdjęcie, pokazywałam Pani. No i w końcu co ja mówię: „Wiesz co, Krzysiu? Ja nie mam nic takiego, żeby się ubrać, ale mówię tak: wiesz co, ja założę koszulę nocną”. A on mówi: „No dobra, kładź, wszystko nam jedno dzisiaj!”. No i założyłam tę koszulę. On założył krótkie spodenki, bluzę miał taką w kolorze khaki, no i nazwali go harcerzem. Poszliśmy na tę salę, wchodzimy. Wszyscy się patrzą na mnie jak na głupią, śmieją się, ja też się śmieję. A mój mąż mówi do tej Halinki, mówi: „No ale wariatka, co ona zrobiła z ciebie!”. A ja nic. No i zaczęli grać i ja z tym Krzysiem zaczęłam tańczyć. No tak żeśmy się wygłupiali, to tak zapamiętałam, i to tak myśmy po prostu fruwali w tym tańcu! Jak ja sobie teraz przypomnę, gdzie to gdzie człowiek miał rozum! A zaraz Pani tę koszulę pokażę, bo ja jestem tradycjonalistka, także ja wszystko trzymam. Zaraz Pani pokażę. Nawet moja wnuczka w przedszkolu występowała za królewnę.
Mam mam osiem kapeluszy, ale tylko ten mam na wierzchu na występy.
Tak, to jest ta koszula. Ja ją trzymam do tej pory. No, czy ona nie wygląda na balową?
Uprasowana była na imprezę i tutaj no śmiali się jak nie wiem: „Zośka też chyba zgłupiała”. Ja mówię: „Może i zgłupiałam, ale raz w życiu można zgłupieć!”.
Oczywiście „Lambada”!
Chcesz podzielić się swoim wspomnieniem?
Kliknij i zgłoś wspomnienie! Skontaktujemy się z Tobą, żeby omówić publikację.
Dostępność zbiorów
Zbiory są dostępne w ramach licencji Creative Commons BY-NC 4.0. Oznacza to, że możesz je udostępnić używając poniższego przypisu, jednak nie w celach komercyjnych. Szczegóły na temat licencji znajdziesz tutaj ⇒
Wzór przypisu
Zofia Węgrzynowicz, Może i zgłupiałam, ale raz w życiu można zgłupieć!, Warszawa 2026, Grochowskie Archiwum Społeczne.
Opracowanie
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury — państwowego funduszu celowego.

Wspomnienie
Wspomnienie
Wspomnienie
Wspomnienie
Wspomnienie
Wspomnienie
Wspomnienie
Wspomnienie
Odkrywaj grochowskie historie
Przejdź do zbiorów