Aleksandra Wierzbicka
Płaszcz inny niż wszystkie. Wspomnienia pracownicy ośrodku obliczeniowego w „Corze”
Data powstania
15 lipca 2026
Prowadzenie rozmowy
Joanna Woś
Transkrypcja
Joanna Woś
Redakcja
Justyna Kiedrowska
Przygotowanie audio
Alicja Świerzewska
Tagi
Wysłuchaj historię mówioną
Tak więc ten ośrodek [przy Wale Miedzeszyńskim] to ja znałam od dziecka, bo tam jeździłam z „Cory” na tak zwane półkolonie, tylko jeszcze basenu nie było, no a potem słyszałam od mamy, że tam budują basen. Już byłam świeżo po maturze.
Siedemdziesiąty, może siedemdziesiąty pierwszy… i tam mama mówiła, ja miałam w planach, że tam gdzieś jadę na jakieś kolonie na miesiąc jako ratownik.
Nie pamiętam, chyba tak… I mama tam się skarżyła, że tam otwierają basen i nikt nie chce tam, że to za daleko i nikt nie chce tam dojeżdżać, to to wcale nie jest daleko…
Tak. Ja mówię, mamo, ale wiesz, no ja tam mogę w lipcu tam te 2 – 3 tygodnie tam popracować zanim sobie kogoś znajdziecie. No i dobrze. Mama mówi, wiesz, to ja pójdę do dyrektora, on się bardzo ucieszy w ogóle, a będziemy dalej szukać.
No to dostałam kupę tam rzeczy do wypełnienia, jakieś ankiety personalne, coś tam wypełniłam. No to mam przyjechać tam do „Cory”, podpisać umowę, więc podjechałam tam.
Idę tam, gdzie mama kazała do takiego pokoju, mówię to i to, to ma pani tu skierowanie trzeba zrobić taką, jak to się mówiło wtedy obiegówkę. No to przeleciałam z tą obiegówką wszystkie te pokoje.
Idę, a to jeszcze ma pani tu skierowanie do lekarza. Ja nie wiem czy to było tam, chyba nie, z tym gdzieś szło się do sąsiedniego chyba zakładu pracy.
Tak, tak, na Terespolskiej, ale zdaje się, że przychodnia była w innym budynku. Bo to była taka przychodnia pracownicza. Wydaje mi się, że to było gdzieś dalej.
No dobrze, poszłam, no to: „proszę zrobić to, zrobić tamto, jeszcze to, no to pani przyjedzie za 2 tygodnie jak będą wyniki badań, no to dostanie pani kartkę”. „Proszę pani, ale ja mam tam 2 tygodnie pracować. A nie przyjść za 2 tygodnie…”.
A nie, to takie u nas są przepisy. No to ja mówię, „mamo, wiesz, no, muszę cię rozczarować, ale jest taki problem”. Moja mama na to: co? Niemożliwe! gdzieś tam podzwoniła…
Tam bardzo długo już wtedy pracowała.
Już jak na te półkolonie jeździłam to już tam pracowała. Gdzieś tam podzwoniła, mówi, idź tam do kadr już podpisz tą umowę, już wszystko jest załatwione.
No dyrektor osobiście podpisał, że proszę przyjąć bezzwłocznie, badania będą uzupełnione w trakcie, nie wiem w trakcie czego, ale… no i tam był świeżo otwarty ten basen.
Już nie pamiętam, ładnie to wyglądało, jakiś tam jeden basen, jakiś brodzik…
Tak, nad samą Wisłą. No i tam właśnie pracowałam, a jeszcze trwały takie prace, powiedziałabym wykończeniowe. Jeszcze tam był jakiś kierownik budowy, który do mnie cholewki smalił…i tam byłam rzeczywiście ze 3 tygodnie. A na początku sierpnia to już wyjechałam dalej na te właśnie kolonie też jako ratownik.
Tak, reagowałam, obserwowałam i robiłam za bardzo ważną osobę, miałam gwizdek i specjalną czapkę…
Nawet w dzień powszedni było dużo. A już w sobotę lub w niedzielę to naprawdę. Tym bardziej, że pracownicy „Cory” mieli, nie wiem, czy darmowe wejścia, czy ulgowe, to przyjeżdżali z najodleglejszych miejsc, z całymi rodzinami.
Tak, były normalnie bilety tak, ale dla pracowników – właśnie już nie pamiętam – czy to było darmowe, czy to były ulgi, czy to było darmowe w pierwszym roku.
No pewnie tak, dużo było, może potem mieli jakieś talony jeszcze, coś przy wejściu? Trudno mi to powiedzieć, ale te pierwsze właśnie tygodnie byłam ja, zadzierałam nosa, jaka to ja nie jestem ważna, taka pani ratownik.
Przychodził jeszcze po południu, późnym popołudniem. On to tak pewnie po pracy jako ten trzeci. Do późnego wieczora był tam jeszcze jakiś ktoś, jakiś pan przyjeżdżał, ale taki no bardzo chyba niezbyt sympatyczny, bo ja go nawet nie pamiętam, więc chyba żeśmy chyba powiedzieli sobie tylko dzień dobry i do widzenia, i to wszystko.
I także tak… to były takie moje pierwsze, jako pracownika, zetknięcia z „Corą”.
Wtedy ratownicy mogli pracować 6 godzin nad wodą, więc to nawet te wszystkie zmiany dla ratowników były do tych przepisów. A potem jak zawaliłam, nie wiem, chyba egzaminy wstępne…
O jejku, ja zdawałam jak idiotka na geologię, nie wiem po co, to ciekawy bardzo kierunek, tak, tylko że tam było 200 ileś miejsc na pierwszym roku, a tydzień czy 2 przed egzaminami zrobili 20 miejsc, więc no to nie były egzaminy, to była taka rzeź niewiniątek.
Tak, trzeba było mieć piątki z plusem, żeby w ogóle zdać i się dostać, no.
Więc, spodziewałam się, że tak będzie, bo na 200 osób to miałam duże szanse, ale na 20 to już miałam minimalne. Jesienią były dodatkowe egzaminy na tych uczelniach, gdzie były miejsca, to tak mówię, to może spróbujemy na tą farmację do Poznania. I ta farmacja w zasadzie tak mi w głowie utkwiła, no ale rok jakichś dorywczych prac — a miałam właśnie i tego ratownika, i nauczyciela, później w międzyczasie, pływania, sędziowania.
Tak, dużo było w sporcie, więc jakoś ten rok tam gdzieś do chyba jesieni, nie, nie, nie przepraszam, do pierwszych dni zimy jakoś tam kombinowałam, a mama mówi: nie, to jest bez sensu — przyjeżdżaj, tam jest dla ciebie praca w „Corze”. O Jezu [westchnięcie] to mi nie pasowało, bo taki człowiek był, no jak to powiedzieć, na luzie, o tu pojechałeś, tam pojechałeś, tak, tak, a tutaj się siedzi osiem godzin…
No i właśnie tam powstawał, czy już powstał, taki zakładowy, to się nazywało, zakładowy ośrodek obliczeniowy.
te pierwsze właśnie tygodnie byłam ja, zadzierałam nosa, jaka to ja nie jestem ważna, taka pani ratownik.
Tak, to było przy Terespolskiej. Z tymże, bo ponieważ tam wszystko się robiło ręcznie. Nawet takich kalkulatorów elektronicznych nie było, tylko takie kręciołki do liczenia. Takie na korbkę, już nie pamiętam jak to się dokładnie nazywało…
Wykrojów na pewno też, no i na pewno takie obliczenia, no nie wiem jak w budownictwie są, techniczne to też. To wszystko się robiło ręcznie, za pomocą też tablic matematycznych i tak dalej. Natomiast powoli wchodziła komputeryzacja i właśnie „Cora” na to też postawiła zresztą nawet dosyć wcześnie.
I zrobili taki właśnie zakładowy ośrodek obliczeniowy i tam było kupę młodych ludzi, z tym, że ja pracowałam w takiej jednostce, która przygotowywała takie perforowane karty, które potem się zbierało, 2-3 osoby jechały, bo miały godziny w jakimś ośrodku z komputerem wykupione, te karty tam składano, robiono wydruki i na takich wielkich płachtach, takie całe rzędy liczb, cyfr z tego powstawały.
Te obliczenia to była tak: cała księgowość: wszystkie płace, zużycia materiałów, cała ta gospodarka materiałowa, czyli przyszedł towar, tyle igieł, tyle nici, tyle materiałów x, materiału y, materiału ż. Po przerobieniu zostało tyle i tyle, uszytych z tego takich na przykład czapeczek albo szalików albo płaszczy. Guzików tyle i tyle było, odpadów tyle, podszewek gotowych, wyrobów tyle razy cena razy..
Ekonomia, oczywiście powoli dział po dziale do tego wdrażano i oprócz takiego technicznego przetwarzania wszystkiego: najpierw na te karty perforowane, a potem odczytywania, to jeszcze właśnie dla tych wszystkich młodych chętnych. No ja nie byłam chętna, bo ja tego nie rozumiałam, jaka to jest przyszłość, bo byłam za młoda, za głupia… to były cały czas szkolenia. Że są jakieś języki, język taki programowania, język taki… Jakie języki, jakie programowanie? To nie można po polsku? (śmiech)
To organizowała „Cora”. Był do tego bardzo przeuroczy kierownik, dyrektor. Nie wiem, może tą rangę zaniżyłam, który to wszystko tworzył. Właśnie opierał się na młodych.
W tych kartach to tam nas było… nie wiem… z 10–12 osób, natomiast oprócz tego byli jeszcze tam właśnie, tacy którzy czy jeździli, czy obsługiwali te komputery takiej wielkości nie wiem, małej kawalerki, bo takie wtedy były, czy to odczytywali te wydruki… To, że ten dotyczy tego, a ten na przykład drugie następne kilo dotyczą zupełnie innego działu. No to były z kolei też inne osoby, które się w tym specjalizowały.
Poza tym no jakby na to nie było, jeżeli jest dział księgowości, to siłą rzeczy ktoś z tego działu księgowości musiał być też od tych obliczeń, wiedzieć o co tam chodzi.
I tak dalej, jeżeli to były działy technologii odzieży, to tak samo.
W tych kartach to tam nas było… nie wiem… z 10–12 osób, natomiast oprócz tego byli jeszcze tam właśnie tacy, którzy czy jeździli, czy obsługiwali te komputery takiej wielkości nie wiem, małej kawalerki, bo takie wtedy były…
Musiała być współpraca, to były pierwsze kroki tego działu. To mógł być 71’ lub 72’ rok. Rzeczywiście, nawet teraz patrzę z perspektywy czasu, to było dosyć wcześnie.
Ja się nie chwaliłam kim jest moja mama, ale ludzie i tak wiedzieli, no jak to wszędzie, każdy wynik, no i że będzie dzielona premia kwartalna: „pani Oleńko, tiu tiu tiu, o jak pani ładnie wygląda”. A ja tak tego nienawidziłam. „A może by tak pani szepnęła mamusi…” no nie mogłam, wytrzymałam tam nie wiem… krócej niż pół roku, kilka miesięcy, ale naprawdę dla mnie te egzaminy, te wstępne (bo zdawałam później na farmację) to były takim wybawieniem, znaczy od tej atmosfery…
Ja byłam za młoda, za głupia, nie umiałam z tego wyciągnąć korzyści. Mnie to po prostu, no to drugie dno to mnie się bardzo nie podobało, ale na przykład…
Okna z jednej strony wychodziły na Terespolską, tam gdzie myśmy siedzieli, ale z drugiej na przykład na ten zakładowy żłobek, no to było słodkie, takie maluszki, już tam rano było widać jak mamusie te z dziećmi lecą, oddają do tego żłobka, potem odbierają.
Główne wejście czy jakieś zadaszenie było, czy… wchodziło się po schodkach na górę i wiem, że… jak tu jest ul. Terespolska, to tu się wchodziło, że gdzieś prosto się szło… I później był gdzieś po prawej stronie wejście do tych wszystkich hal produkcji, bo to, co stało tam bliżej Terespolskiej, to były przede wszystkim te pomieszczenia biurowe, natomiast do nas się szło po lewej stronie, wzdłuż Terespolskiej, i znowu na dół, i tak zupełnie niski parter. To był taki dłuuuugi budyneczek.
Między innymi ten dział obliczeniowy, a z drugiej strony właśnie już były te żłobki, przedszkola i tak dalej.
Z tego co ja korzystałam, oczywiście oprócz tego kontaktu nieudanego z tą służbą zdrowia, to była na przykład biblioteka. I jeszcze jak chodziłam do szkoły: „mama, potrzebujemy do szkoły na lekturę taką i taką” — okazywało się, że tam jest, a w szkolnej bibliotece nie ma, bo wszystkie klasy musiały w listopadzie „Janka Muzykanta” przerobić i koniec…
No tak. I jak wszędzie, tylko może mniej była taka eksploatowana.
Jako dziecko mogłam sobie przyjść i na mamę kartę oczywiście brać, nie było sprawy i tak robiłam też, zwłaszcza jak na te półkolonie jeździłam.
I jako dziecko, jak się zakochałam w Winnetou, no to tam cała seria tych książek Winnetou była, więc przeczytałam, a u nas w ogóle w szkole nie było.
Także takie właśnie no rzadkie, powiedziałabym okazy można było tam trafić oprócz lektur, o! tam też mieli „Przeminęło z wiatrem”. Gdzie indziej — skąd tam, albo sczytane, albo zginęło zanim jeszcze kupili, więc tak właśnie z tej biblioteki korzystałam.
Jak chodziłam do szkoły: „mama, potrzebujemy do szkoły na lekturę: taką i taką” — okazywało się, że tam jest, a w szkolnej bibliotece nie ma, bo wszystkie klasy musiały w listopadzie „Janka Muzykanta” przerobić i koniec…
A to już pewnie później, bo tam mieli taką salę.
Coś kojarzę takiego, ale bardziej to kojarzę, że mi mama mówi że właśnie coś takiego jest urządzane… Ale tam nie, nie byłam. Wiem, że po prostu tam, nawet robili takie choinki dla dzieci. Ale ja już wtedy z choinek wyrosłam, to już nie te czasy, z paczek zakładowych też wyrosłam, więc…
To znaczy nie, bo już wtedy byłam chyba w piątej, szóstej, lub w piątej chyba klasie, więc już powiedziałabym zabawy dla dzieci to już mnie mało interesowały, natomiast na paczki, które tam nam jeszcze jako dzieciom przysługiwały, to czekaliśmy, tak, z bratem, z uciechą.
To były zwykle tam ze 2-3 mandarynki i z jeden pomarańcz, trochę orzechów, trochę piernika, czekolady też pamiętam, że były takie jakby miniaturki tych czekolad wedlowskie.
Też napisane: „ Jedyna”, tak jakie były rzeczywiście, tylko takie malutkie, albo takie czekolady w kształcie monet.
No mamy złote monety…
Najczęściej tak, bo łatwiej się było „Corze” dogadać z Wedlem, to było blisko prawda, po drodze zawsze zapach taki boski się roznosił… „o już Wedel, to jeszcze dwa przystanki i już jesteśmy”.
No także, na pewno to tam te działy socjalne po koleżeńsku załatwiały więc… oczywiście trochę tej mieszanki wedlowskiej, tam były jakieś cukierki… Nie no, te paczki to były takie, pokaźne, tak…
na paczki, które tam nam jeszcze jako dzieciom przysługiwały, to czekaliśmy, tak, z bratem, z uciechą.
Mogę opowiedzieć jak te półkolonie wyglądały.
Hmm, więc dzisiaj to wy pewnie wszyscy, cały zarząd „Cory”, to pewnie siedziałby w więzieniu.
Dlatego, że… Zbiórka była pod zakładami, no bo to było wiadomo, że nie będzie nikt odwoził na Wał Miedzeszyński dzieci, więc rodzice z dziećmi za rączki tak jak z młodszymi do żłobka czy przedszkola.
Zbiórka była przed zakładem, po czym przyjeżdżał samochód dostawczy, ciężarówka taka, zamykana z zewnątrz drzwi, bez okien, bez niczego, wyłożona takim karbowanym papierem, tekturą, w którą się pakowało gotowe ubrania.
Żeby się dzieci od brudnej podłogi nie pobrudziły.
Wchodziliśmy do tego samochodu, siadaliśmy na tej podłodze, nie było ławek, nic, to był zwykły dostawczy samochód, po czym zamykano z zewnątrz te drzwi, od wewnątrz nie można ich było otworzyć.
Gdyby się coś stało, to byśmy tam zostali jak sardynki w puszce. I w tym momencie rozlegał się zbiorowy wrzask tych dzieci, bowiem nagle zamek, ciemno… Jak kierowca słyszał nasz wrzask to był dla niego znak: „ Aha, to ja mogę ruszać”. Właściwie nawet nie wiem jak myśmy z tej „Cory” jechali na ten Wał Miedzeszyński, nie mam pojęcia.
Tak, na pewno. Potem, jak się już wyjeżdżało, to wiadomo było chyba po tej nawierzchni, bo tam fragmenty niektóre były takie bruki to trzęsło, a potem już było gładko, czyli „Aha, to już jesteśmy”, no i potem radość tych dzieci: „oh, powietrze” no i nas tam wypuszczano.
Przy czym, prawdopodobnie były tam jakieś zajęcia dla tych młodszych dzieci, a dla nas starszych, no właściwie, to my robiliśmy to, co chcieliśmy, tylko mieliśmy te godziny przekazywane, że nie wolno wchodzić do wody.
No i słusznie.
I mało tego: nie było ani ratownika, ani wyznaczonego kąpieliska, ani sprawdzonego dna, a poza tym co chwilę były tak zwane wysokie fale na Wiśle.
Tak. Tam był taki długi pomost. Nie jestem pewna, no taki pomost, aż na środek Wisły. To nie była ostroga, tylko zwykły pomost, taki dla wędkarzy, dla kajaków, kajaki też tam były, ale jakoś no chyba zapomnieli o wiosłach, przynajmniej dla nas. Ale były za to urządzenia sportowe jakieś takie do gimnastyki, drążki takie na linach, takie kółka takie, że do ćwiczenia można było na tym się bujać i skakać: kto dalej skoczy?
To były na całym terenie, były: boisko do siatkówki, do koszykówki, były stoły do ping ponga. Kilka nawet było; nawet były do tego rakietki i piłeczki, i tam się troszeczkę poduczyłam tego ping-ponga.
Najpierw to nie wiedziałam jak w to grać? ale cierpliwie taka starsza koleżanka ze mną grała, a pod koniec turnusu to już ją ogrywałam, więc byłam zadowolona z tego.
Przywożono nam gdzieś w okolicach południa obiad. Ja nie wiem czy było też drugie śniadanie, czy był podwieczorek, wiem, że były 2 posiłki. Znaczy obiad i jakaś taka tam przygryzka, ale czy to było jako drugie śniadanie, czy podwieczorek to już naprawdę tego nie pamiętam.
No i oczywiście tam gdzieś przed czwartą była zbiórka, podjeżdżała buda.
Gdyby się coś stało, to byśmy tam zostali jak sardynki w puszce. I w tym momencie rozlegał się zbiorowy wrzask tych dzieci, bowiem nagle zamek, ciemno… Jak kierowca słyszał nasz wrzask to był dla niego znak: „Aha, to ja mogę ruszać”.
Dokładnie się robiło tak samo. Wrzask dzieci. I potem oo jesteśmy na miejscu, no i miejsce.
Potem odbierali stęsknieni rodzice, rodziców nawet też tą budą kiedyś przywieźli na jakieś tam zakończenie turnusu takiego półkolonijnego — dzieci mówiły wierszyki, tańczyły, śpiewały, no jak to jest zwykle na takich koloniach; takie zakończenie, i także o tak to wyglądało. To było nie wiem, ile miałam, 12 lat.
Może 13, potem 14 lat, bo już jak miesiączki dostałam, to ja nie chciałam na kolonie jeździć, bo to było takie krępujące. No tym bardziej, że no trzeba się umyć. A tutaj nie zawsze są takie warunki, także już się zgodziłam na te półkolonie, z bratem jeździliśmy chyba ze 2 lata. Tak było.
Tak, półkolonie zawsze w wakacje. Nie wiem, to były 2–3 tygodnie, czasami miesiąc.
Często po tych półkoloniach mówiłam, że jeszcze zostanę, bo tu się umówiłam, że z koleżankami idziemy do Parku Skaryszewskiego, bo tam były kajaki. Albo gdzieś tam jeszcze idziemy, a to idziemy na rurki z kremem, a to gdzieś indziej…
Naprawdę?
W sumie to nie wiem, trudno mi powiedzieć, bo to koleżanka mnie prowadziła pierwszy raz, a potem to już ja wiedziałam, tu mam wysiąść, tu mam iść alejką skręcić tak że już, ale nawet nie wiedziałam, że tam jest kilka jeziorek.
Z tego co pamiętam to tam nie wymagano ani kart pływackich, ani niczego… dopiero się potem dowiedziałam, że tam jest pół metra raptem głębokości, więc nic by się właściwie nie stało, nawet jakby ktoś z tego kajaka wypadł, więc kupę tam dzieci przyjeżdżało. No na te pół godziny, żeby sobie popływać. Żeby jeszcze się wyżyć w te wakacje…
To właśnie było po tych półkoloniach, mówiłam, że jeszcze zostanę jakieś pół godziny zanim pojedziemy do domu, bo jeszcze właśnie tutaj kajaki, a tam koleżanka, że tam jest budka gdzie są rurki z bitą śmietaną; to jeszcze tam pójdziemy, a jeszcze to, a jeszcze tamto.
Nie pamiętam, pewnie jakbym był z tego jeziorka wychodziła, to bym wiedziała gdzie mam pójść, ale naprawdę już nie pamiętam.
Nie wiem, czy to nie było przy Rondzie Wiatraczna, ale po prostu koleżanka z którą tam najczęściej chodziłam, ona była z tamtych okolic, tam mieszkała, więc ona tam wszystko znała.
Ona też wiedziała, że tam akurat będzie jakiś koncert, jakiś występ, no taka była straszna, była lokalna, wszystko wiedziała.
Często po tych półkoloniach mówiłam, że jeszcze zostanę, bo tu się umówiłam z koleżankami, że idziemy do Parku Skaryszewskiego, bo tam były kajaki. Albo gdzieś tam jeszcze idziemy, a to idziemy na rurki z kremem, a to gdzieś indziej…
Ja mieszkałam na Woli przy Górczewskiej. Trzeba było z Górczewskiej przejść na Wolską przy Syreny, 26 tramwaj pod samą „Corę” podjeżdżał.
Tak, codziennie tak.
Także też czasami sobie pozwalałam — już jak sama pracowałam — żeby pośpiesznym „F” jechać, no ale no jakbym się nie chciało wcześniej wstać. Moja mama to musiała być wcześniej, ona broń boże się nie spóźnia, musi dawać dobry przykład.
Jak się zastanawiam, że nie na ósmą, a za 15 ósma.
To znaczy na pewno były, była też stołówka na pewno i prawdopodobnie, jak wszędzie, był bufet. Bo wszędzie były bufety, gdzie można było kupić bułkę, kefir, coś tam. Była stołówka, ale moja mama nigdy z tej stołówki nie korzystała. Ja też nie. Ale wiem, że tam dużo osób, no z produkcji to mieli określone przerwy, ale no to nie mieliśmy tak…
Tak, nie na hali to każdy sobie tam robił herbatę, robił sobie przerwę wtedy kiedy chciał, albo kiedy mógł. Nie było określonych godzin, zresztą nawet wtedy jeszcze wszyscy podpisywali listy. Podobno później wprowadzono karty zegarowe.
Przy wejściu leżały listy tam z wydziałami. No trzeba było się podpisać, i to wszystko. 8:15 i potem 16:15 się kończyło.
I z tego co pamiętam, bo były takie w domu czasami dyskusje — jeszcze jak na te półkolonie jeździłam, to było trochę wcześniej — ja mówię, no ale mama, ale patrz tu tyle jest zakładów, no nic dziwnego, ż nie można do tramwaju wejść, to znaczy ja mogłam jeszcze na tej Woli wejść, ale później to to winogrona wisiały dosłownie.
Do różnych zakładów na Grochowie. Jak jest ulica Grochowska, to do zakładów przemysłu optycznego PZO, a jak znowu wcześniej to do zakładów Wedla. Z powrotem po południu, była taka sama sytuacja, tylko odwrotnie.
No i wiem, że tam wtedy tak, że te zakłady się dogadały, że tutaj za piętnaście ósma, tutaj o ósmej, tutaj piętnaście po ósmej i rzeczywiście trochę, troszeczkę się przez to, poprawił ten dojazd. Taka w sumie drobna rzecz. To tylko wystarczyło tak pomyśleć, jak to zrobić.
No i co jeszcze tam? Ach, po drodze było, jak już wysiadło się przy tej Terespolskiej to była Akademia Rolnicza, wydział weterynaryjny i tam zawsze były jakieś krowy, jakieś kucyki, jakieś koniki, jakieś świnki chrumkały. Tak swojsko, sympatycznie tam było.
Wiem, że tam też były przychodnie właśnie między innymi dla zwierząt, dla tych małych zwierząt, oprócz tych dużych, no i potem byłam taka zdziwiona, jak nie wiem… Z 30 lat temu to było. Mój poprzedni piesek nagle w nocy zaczął piszczeć, padł, piana mu zaczęła lecieć; drgawek dostał i mówię: „Klaudia, wstawaj, szybciutko jedziemy”. No, ale jedyny jaki pamiętałam, że w nocy otwarty jest, to tam, jedziemy, a tam pusto, tam już nie ma żadnego weterynarza, wszystko przenieśli na Ursynów.
No, ale w międzyczasie to jemu przeszło.
wszędzie były bufety, gdzie można było kupić bułkę, kefir, coś tam. Była stołówka, ale moja mama nigdy z tej stołówki nie korzystała. Ja też nie.
Nie, nie wiedziałam o tym.
Ten budynek był bardzo ładny. No to tak…
Raczej nie, bo zwykle jak tam jeździłam, no to właśnie z jakimś chorym pieskiem albo kotkiem, więc ja tu się patrzyłam na to co ja mam w ręce, a nie na nie wiem, że one były białe i były takie niskie, ich było dużo, także przy wejściu to był portier, na pewno, który kierował, że to na prawo, to na lewo. I przy wejściu były te właśnie przychodnie, a w głębi dopiero były te właściwie akademickie sale, tam gdzie uczono. No i takie smutne w głębi krematorium…
To pamiętam — to krematorium… także, no… ale takie życie jest zwierząt też.
Jako dziecko to mnie po prostu interesowały konkretne rzeczy i wiem, że… a! stadion dziesięciolecia, no, ale ten stadion dziesięciolecia to kojarzę. Tak, no z zakończenia…
jak już wysiadło się przy tej Terespolskiej to była Akademia Rolnicza, wydział weterynaryjny, i tam zawsze były jakieś krowy, jakieś kucyki, jakieś koniki, jakieś świnki chrumkały. Tak swojsko, sympatycznie tam było.
Hmm byłam chyba raz tam jak był finał wyścigu pokoju, dwa razy byłam na dożynkach, no i była taka sytuacja kiedy moja mama wróciła zielona ze złości.
To było jak w siedemdziesiątym szóstym roku z „Cory” i z innych zakładów wywieźli tam pracowników i zrobili wiec żeby potępić warchołów z Ursusa i Radomia.
Moja mama to bardzo przeżywała, była po prostu wściekła, że oderwali tych ludzi od pracy i wywieźli.
Potem, że jakiś ma sekretarz przemawiać, drugi sekretarz, kazali wznosić okrzyki, no oczywiście nie każdy słuchał radia Wolna Europa, ale nie trzeba było słuchać radia Wolna Europa, żeby wiedzieć, że po tych podwyżkach zapowiedzianych, które miały już wejść – nie wiem, czy weszły i cofnięto, że ludzie się zbuntują. Jak ktoś zarabiał 1000, ja chyba moja pierwsza płaca to była nie wiem… 1100 złotych, po kilku latach to człowiek dostawał 1500 złotych czy 1600 złotych i to już była dobra płaca. No jak 2-2,5, ale jeżeli były tak wysokie podwyżki, to ta płaca nie starczała. No na sól do chleba przysłowiowo i ci ludzie wszyscy sarkali pod nosem, nie chcieli tych okrzyków wznosić, a tam na koronie pełno milicji… „No no, spróbujcie nie potępić!”
Siedemdziesiąty szósty: Radom i Ursus to był siedemdziesiąty szósty, potem zostały na pamiątkę wszystkim kartki na cukier.
To znaczy później… Nie, nie, to był chyba taki jeden, bo nie wiem, nie pamiętam, czy raczej w grudniu to by siedemdziesiątego roku na stadion to raczej nie… poza tym lepiej było to przemilczeć, ale w siedemdziesiątym szóstym, bo to było lato… Sierpień? Lipiec? nie wiem, na pewno to było latem… czerwiec? Nie przypomnę sobie w tej chwili. To tak, to właśnie autokarami, dobrze, że nie tymi ciężarówkami — nas wywozili, całe zakłady pracy. Właśnie na stadion, żeby potępić warchołów, tych ludzi, którzy krzyczeli, że oni są głodni, oni chcą jeść, im nie starczy…
Tak, wszyscy pracownicy. Nie było dyskusji. „Autokary podjeżdżają, proszę się pospieszyć.” Bo muszą zaraz podjechać pod następne zakłady i tak dalej…
No niestety… W sierpniu 80, to raczej już było bez zaskoczenia. Potem to już za daleko poszło, żeby wywozili ludzi i kazali potępiać; raczej to każdy czekał, już patrzył, czy on jeszcze się na stanowisku utrzyma pierwszego sekretarza PZPR, no czy się nie utrzyma? No ale takie były czasy…
to właśnie autokarami, dobrze, że nie tymi ciężarówkami — nas wywozili, całe zakłady pracy. Właśnie na stadion, żeby potępić warchołów, tych ludzi, którzy krzyczeli, że oni są głodni, oni chcą jeść, im nie starczy…
Mama jeszcze pracowała w latach osiemdziesiątych, na początku. Nie wiem… osiemdziesiąty drugi, trzeci, nie pamiętam w tej chwili, bo przeszła na emeryturę. Ona była rocznik dwudziesty siódmy rok. To 55 lat… To był osiemdziesiąty drugi jak przeszła na emeryturę.
No tak, bo gdzieś tak od samego początku lat sześćdziesiątych, czyli no z ćwierć wieku pracowała.
No na przykład „Cora” miała, oczywiście filie — to co innego — ale miała na przykład swój sklep firmowy przy placu Konstytucji przy MDMie. Od nas, to licząc to tuż za Placem Konstytucji. Ten sklep to był duży, bo to był taki parter i jeszcze było pierwsze piętro.
Wprowadzono… nie wiem według mnie to zawsze były niedziele handlowe przed świętami… no i właśnie w taką niedzielę handlową pojechaliśmy tam z mamą. Ja pełna nadziei, bo może też coś się dostanie, mój brat niechętnie, no bo „o Jezu, będę ciuchy oglądał” a mój ojciec zadowolony: „jedźcie, jedźcie, to ja odpocznę w domu”, no także wszyscy mieli swój interes. Kierownik tego sklepu miał takie litewskie nazwisko, tak jak Jagiełło: „Zwirełło”? może? I coś litewskiego, może pochodzenia jakieś takie właśnie, nie przypomnę sobie tego nazwiska, ale wiem, że to nazwisko było takie jak Jagiełło, takie bardzo oryginalne.
I on, smoking czy garnitur, już nie pamiętam, mucha, koszula. Stał tak na 2 stopniach schodków i każdego kto wchodził, on witał osobiście. „Miło państwa witać w naszym sklepie, zapraszam serdecznie”, a ludzie jak spojrzeli — to tak udawali, że nie widzą; chcieli ominąć. Albo z tej strony, albo z tej strony, w każdą stronę byle tylko tam nie spojrzeć, nie wiadomo było co powiedzieć: „Dzień dobry”? uciec?, a wiadomo, co to będzie? No i mama potem podeszła, przywitała się, przedstawiła, że: „to moje dzieci”. Mój brat natychmiast zniknął, a ja mówię: „przepraszam, bo tak patrzyłam jak pan wita tutaj wszystkich gości, tak, tak nie było panu tak, no głupio, że pana tak omijają?”
„Proszę pani, dobre maniery trzeba zawsze wprowadzać, bez względu na okoliczności. Ja tu jestem gospodarzem i witam gości, a gość, choć świnia, swoje prawa ma”. Tak mi się to podobało.
No także to pamiętam. No i oczywiście pamiętam te wspaniałe ciuchy.
„Cora” miała (…) na przykład swój sklep firmowy przy placu Konstytucji przy MDMie. Od nas, to licząc, to tuż za Placem Konstytucji. Ten sklep to był duży, bo to był taki parter i jeszcze było pierwsze piętro.
Na pewno się coś udało kupić z tymże, „Cora” zaczęła właściwie wtedy tak się już takiego zakładu, który no robił taką masówkę rozwijać, jak zaczęła mieć kontrakty zagraniczne i robiła to na zasadzie takiego szycia z materiałów powierzonych. To znaczy, ich tam były na przykład wykroje, bo na przykład te wykroje były bardzo dobre, tylko te materiały, no takie jak były u nas, no to były takie jak u nas…
Jak był ładny materiał, to nie było ładnej podszewki, jak była ładna podszewka, to nie było guzików, albo były zielone płaszcze z czerwonym suwakiem, bo wszędzie były czerwone suwaki nie było zielonych… Natomiast tam strona zagraniczna dostarczała wszystkie dodatki, nici, podszewki, guziki, nawet jak się guzik przesuwało do płaszcza z jednej strony, to z drugiej był taki malutki guzik, który ten duży trzymał. To nawet te guziki… suwaczki nie suwaczki, frędzelki nie frędzelki jakieś, tam nawet jak trzeba było jakimś zamszem coś to ten zamsz był w odpowiednim kolorze stonowany z tym płaszczem, i co było piękne — to znaczy co mi się najbardziej podobało — żakiety. Z takiej dzianiny wełnianej, ale ta dzianina to była nie taka rozciągliwa, ona była, no po prostu elegancka, trwała, elegancka.
Dobrej jakości. Do tego te wszystkie guziczki. Suwaczki, nie suwaczki pięknie skrojone, no tam dwa takie dostałam na przestrzeni chyba 10 lat to i po 10 latach one wyglądały.
I płaszcze — to samo. Więc mama już też czekała jak były tak zwane odrzuty eksportowe. Wystarczyło, że guzik był, no nie wiem, pół centymetra wyżej przyszyty, to nie było nawet widać, ale to już szło jako odrzut. Czy tam: nitka się przerwała, kawałek, no trzeba było drugą nitkę, znaczy był cały szew, ale to już było z dwóch kawałków, więc to wszystko szło na te odrzuty eksportowe i to było właśnie też wykończone tak jak u nas się nie wykańczało.
Tak, tak, tak, ale część to no niestety takie były czasy, że na przykład też mama szła i wcześniej, że „to ten płaszczyk” i był już jej nazwiskiem podpisany, czy ten żakiet…
I tak trochę jechaliśmy do tego sklepu, jeszcze przymierzałam, czy mama przymierzała, i no i wtedy ja jeżeli był dobry, no bo to tak było, na no powiedziałabym na oko, no że taki rozmiar mniej więcej no to wtedy się to brało.
Znaczy normalnie się płaciło za to, i to wcale niemałe pieniądze. No, ale co jeszcze tam było wprowadzone, więc… oprócz tego „Cora” robiła, ale odstąpiła od tego potem, takie zestawy typu czapka: ale nie pilotka, tylko taka z daszkiem, żakiet, spódnica, spodnie. Taki komplet, tak, do tego jeszcze jakiś szalik, no ale… Może tu było za dużo, może ludzie woleli sami sobie raz kupić sobie szalik, raz czapkę.
Tak, już dlatego mówię, że jak się kupi w jednym miesiącu czapkę, w innym szalik, no to tak się tego nie odczuwa niż taki komplecik naraz.
I na przykład co było jeszcze tam, oczywiście jak to wychodzili z tego zakładu, to wszyscy musieli otworzyć co mieli ze sobą, niektórzy byli macani i tak dalej no…
Wystarczyło, że guzik był, no nie wiem, pół centymetra wyżej przyszyty, to nie było nawet widać, ale to już szło jako odrzut.
Kontrola. Taka kontrola to była w każdym zakładzie, czy się nic nie wynosi.
Kiedyś zatrzymali panią, która miała tam igłę wpiętą w kołnierzyk, a ona coś tam szyła, wpięła w kołnierzyk, wyjęła, szyła dalej, wpięła w kołnierzyk, tylko zamiast w fartucha, to w swój… Zdjęła fartuch, no i wielka afera, no wiem, że mama się tam zirytowała, znowu poleciała do dyrektora, żeby nie robili po prostu scen o jedną igłę, no ale z tej chyba jednej igły się zrobiła też niezła afera. Że igły pilnujecie a jak się cięło — widziałam jak to się tnie — kupę tych materiałów idzie, taki nóż, i zostają takie duże kawałki, takie pasy. Taka była technologia, jak się cięło, jedna osoba dla siebie samej szyła, no to tu przyłożyła tak, tu tak, no żeby jak najmniejsze te kawałki, a tutaj nie dało rady inaczej. No więc wprowadzono, że te wszystkie, bo tam była jakaś praktyki były ze szkoły, nie wiem czy była szkoła przyzakładowa, ale na pewno jakaś szkoła tam była, bo dziewczyny wiem, że przychodziły na praktyki, więc z tego szyły.
Tak, ale tego było dużo. Więc zrobiono tak, że dla pracowników, kto chciał, to mógł sobie te resztki kupić na wagę, były w takich workach 2-3 kilo resztek, to kosztowało grosze.
Ale to można było kupić legalnie wynieść zakładu, bo się miało kwitek, a nie że ja sobie w majtki wkładam. No nie wiem kawałek, bo potrzebuję żeby dziecku śliniaczek uszyć.
Tak, tak, no a to i tak szło, no… I na przykład moja mama, która genialnie nauczyła się sama szyć z tych resztek, to mi kurtkę zimową uszyła, z takich futerek, takie były modne, takie krótkie kurtki, tak jak dres, coś takiego. Krótkie to było, z takiego zielonego futerka w kratka w kratkę, zimową kurtkę z takich kawałeczków.
Coś tam jeszcze… jakieś kostiumy kąpielowe, no bo jak był dobry materiał, dobry ten elastic taki, to i dobry kostium wychodził ręcznie uszyty w domu, czy na maszynie bez overlocka, ale to dawało radę, także tego było naprawdę dużo i tak po prostu pomyślane było z głową.
Są materiały, zużywa się, to niech ktoś sobie to kupi. Zapłacił 5, 10 czy 15 złotych, dostawał worek takich resztek. Także to było, takie podejście, dla ludzi.
Nie, nie. Amatorsko szyła. Szyła dlatego, że w czasie wojny, jak skończyła 12 lat, to podlegała pod urząd pracy niemiecki i tylko jej się udało, że trafiła do swojej cioci, która z kolei pracowała w jakichś zakładach, które szyły dla Niemców koszule wojskowe.
I ona się od tej cioci już uczyła jak się tam dziurki obrabia, mankiet jak wszywa, kołnierzyk, jak trzeba wypruć, przełożyć kołnierzyk na drugą stronę i takie różne… od tego zaczynała, a potem już takie no większe rzeczy.
sama się tego uczyła, potem dostała tuż po wojnie trochę takich starych żurnali niemieckich i amerykańskich z wykrojami to ja wiem, że te wykroje to… ja nic z tych linii nie rozumiałam. Czerwone, zielone, żółte, a mama wszystko rozumiała i ona z tego potrafiła… Nas obszywała całe dzieciństwo i potem młodość, i siebie i jeszcze mojego ojca jeszcze tam… całą rodzinę, ale naprawdę: jeżeli była pepitka to krateczka w krateczkę milimetr z milimetra musiał się zgadzać.
To była precyzja, tak długo, aż wyjdzie dobrze.
Także w tych szmatek, z tych resztek, to potrafiła też cuda zrobić. Kołdrę uszyła, znaczy taką letnią kołdrę. Już takich lżejszych materiałów, tak jak takie patchworki, no tak jak jej pasowało, żeby tam żaden wzór, bo już na to nie było czasu, ale coś takiego…
Natomiast mama tam poszła do pracy bo pracowała [przed „Corą”] jako urzędniczka w ministerstwie przemysłu lekkiego.
jeżeli była pepitka to krateczka w krateczkę, milimetr z milimetra musiał się zgadzać.
Znaczy może nie zupełnie po wojnie, na pewno wtedy, jak ja się urodziłam.
Bo tak, to jeszcze tam w Łodzi, bo moja mama jest z Łodzi, to tam w Łodzi pracowali w zakładach gumowych (gumówce jak tam mówili), gdzieś tam jeszcze, ale już jak ja się urodziłam to miała okazję przenieść się do Warszawy, więc zabrała męża, mnie, i swoją mamę, no bo jak mnie takiego noworodka — to trzeba było wziąć babcię, do pomocy… I tam właśnie dostała pracę w tym ministerstwie przemysłu lekkiego jako taki szeregowy urzędnik.
Tam dopiero zobaczyła jak niskie ma kwalifikacje, że jedni to na maszynie, inni umieją tam telefaks włączyć…
Wczesne pięćdziesiąte. Tam zaczęła się dokształcać, poszła tam na studia wieczorowe, no ale tak ciężko było, no bo małe dziecko, no ale dobra, zaczęła, jakiś tam kurs skończyła, no ale myśmy rośli, rośli, rośli, no i było tak, że podobno, w przemyśle są lepsze płace.
Znaczy w Ministerstwie na wyższym szczeblu to już były te płace, ale na tym na tym niskim i średnim to były takie niskie i średnie… i wtedy przeszła do „Cory”.
To znaczy nas, dzieci, to właściwie to powody, właściwie mało nas to interesowało. Krzysio się tylko ucieszył, że nie będzie musiał jechać kolejny raz na kolonie do Grotnik. Okazało się, że będzie musiał, bo mimo że mama tam nie pracowała, to „Cora” podlegała pod ministerstwo, więc on znowu musiał pojechać do tych Grotnik. No a potem to już mieliśmy te półkolonie tutaj.
Znaczy wiem, że „Cora” też gdzieś organizowała te kolonie i wczasy, nie wiem czy to nie było gdzieś nad morzem? Pobierowo, Niechorze, coś tak mi się kojarzy, bo tam kiedyś byliśmy na wczasach.
Tak, tak to było tak przez „Corę”. Tylko raz.
No tak jak wszędzie… był Kaowiec który robił wieczorek zapoznawczy, psie budki, czyli domki kempingowe, jakaś tam jadłodajnia, gdzie się szło z różnych rejonów, bo to często 2 lub 3 ośrodki miały jedną kuchnię, jedną jadalnię, bo to było taniej i wygodniej niż żeby każdy miał dla siebie, tym bardziej, że socjal się kończył, no to tam były pustki.
No więc, mama tam przeszła do „Cory” i właśnie zaczęła studia, ale znaczy tak jak w tym MPL-u to zaczęła studia, przerwała, ale tam już też mówi: „nie, to ja teraz już te studia muszę skończyć” i rzeczywiście, skończyła pracując w tej „Corze” studia na wydziale prawa i administracji.
Z tymże jak mój ojciec studiował, bo też robił zaocznie i wieczorowo, takie były czasy no…
Jeszcze chciałam tutaj powiedzieć, że w przeciwieństwie do na przykład tej części Polski, która była pod okupacją, no to były te szkoły podstawowe, zawodowe, no oczywiście były tajne komplety, maturę można było na tajnych kompletach, studia też, no i tak dalej. Natomiast w tym co były włączone do Raichu, czyli tak jak Łódź, to nie, Polacy nie mieli prawa iść do szkoły. W ogóle opcji nie było takiej.
W związku z tym, tam dopóki dziecko 12 lat nie skończyło, to jeszcze tam moja babcia, mama mojego ojca, druga babcia, to tam robiły, zbierały się po parę osób na jedną nauczycielkę, żeby te dzieci jakoś tam się uczyły, ale potem jak dzieci musiały iść do obowiązkowej pracy i te 8-10 godzin na zewnątrz, to nie było w ogóle kiedy… Dzieciak przychodził i padnięty, no jak jeszcze książkę przeczytał jakąś tam, no to już było dużo, także tutaj, tuż po wojnie, to tam trzeba było to uzupełnić, uzupełnić te 6 lat.
Dokładnie tak… Robiło się 2 lata jeden rok, ale trzeba było robić wszystko nie, to nie było tak jak teraz, że na Sorbonie, że byle jak, to jakoś tam będzie. Tam było wszystko ze śpiewem włącznie.
Także taka sama szkoła jak dzienna tylko wieczorowa, no bo mama musiała iść do pracy, tylko był taki sam program jak dzienne studia.
Nie, nie powiem pani w jakim dziale pracowała na początku dlatego, że no tak jak mówię jak ja miałam wtedy około 12 lat to mnie to mało interesowało.
Dopiero wiem, że mama też odetchnęła jak już skończyła te studia To był ciężki czas, no bo sama widziałam jak ona się męczy, bo i do pracy, i po pracy na te zajęcia, i soboty niedziele… I trzeba i prace [zaliczeniowe] pisać i uczyć się do egzaminu, a tu trzeba pranie zrobić, dziećmi się zająć.
No i właśnie zaczęłam, że o ile tak mój ojciec też robił te studia, to on tak: o tak, byle o ile, byle tylko zaliczyć, ale moja mama nie. Moja mama od pierwszej klasy szkoły podstawowej musiała mieć same piątki i też musiała mieć same piątki później, więc jej wysiłek był o wiele, wiele wyższy niż kogoś innego.
Nawet jej proponowano, żeby zrobiła studia doktoranckie, no więc to się rzadko zdarza, bo ona miała rzeczywiście do tych tematów takich, zwłaszcza prawno-administracyjnych dryg, ona to czuła. No nie wiem, czy to jest dobre określenie, ale ona to rozumiała, czuła, wiedziała o co tu chodzi, jak to zinterpretować.
Nie, jej było naprawdę ciężko. Poza tym co by jej dał ten doktorat… wtedy już jak te studia już miała skończone to zaczęła w „Corze” awansować. I właśnie została tam, to już wiem, na pewno tym szefem działu zatrudnienia i płac.
wiem, że „Cora” też gdzieś organizowała te kolonie i wczasy, nie wiem czy to nie było gdzieś nad morzem? Pobierowo, Niechorze, coś tak mi się kojarzy, bo tam kiedyś byliśmy na wczasach.
No to już chyba byłam przynajmniej w liceum. Ale to nie tak było, że od razu [została szefową] tylko tak stopniowo, a to większy zakres, a to jeszcze to, a to, no nie wiem, czy zmieniała tamte działy, czy przechodziła, ale wiem, że ona tam znała już wtedy wszystkich.
I z racji takiej zawodowej, i z racji tego, że wszyscy ją też tam znali, no bo każdy musiał przez jej komórkę przejść. Ja też — jak mnie na te dwa tygodnie zatrudniali. No i tak już pracowała tam do emerytury.
Ja myślę, że miały szanse. Ja myślę, że miały szansę, bo ja myślę, że w ogóle w wielu zakładach takich, kobiety miały szanse, bo jak się uczyły, korzystały ze szkoleń… Ja nie mówię, żeby szwaczka poszła na studia, ale mogła skończyć czy średnią szkołę, czy iść na jakieś kursy.
Umożliwiała. Przykładowo: mama sąsiadki. Ona pracowała w Róży Luksemburg [Zakłady Wytwórcze Lamp Elektrycznych im. Róży Luksemburg na Woli] . To ona zaczynała od sprzątania hali, a skończyła też jako kierownik dużego działu, bo skończyła w międzyczasie wieczorowo liceum, wieczorowo studia. Dokształcała się, poznała wiele tamtych działów i też została kierownikiem na zasadzie własnej pracy. Nikt jej nic nie dał, tak? Także jakby ktoś chciał, to na pewno mógł z tego skorzystać. No nie powiem, że to było łatwo, bo to wymagało dodatkowej pracy, cierpliwości, a czasami ktoś chciał, a szef mówi nie, absolutnie nie zgadzam się, zabraniam, nie wolno. No to się też czasami wiązało z tym, że trzeba było wcześniej wyjść bo kurs się zaczynał, a tu nie wolno i koniec. No też tak było. Ale jeżeli ktoś się zaparł to naprawdę mógł z tego skorzystać.
Tak… Na przykład też w tym dziale obliczeniowym — tylko to było już wtedy jak stamtąd odeszłam – to było, że może zrobimy teraz tutaj taki na miejscu kurs angielskiego. Bo to do tego programowania się przyda, żeby nigdzie nie jeździć. Specjalny taki kurs angielskiego od podstaw, dla części, jak nikt nic nie zna, a część dla zaawansowanych ze słownictwa zawodowego, specjalistycznego, związanego z programowaniem. Tylko że nie wiem czy to wyszło, czy nie wyszło, bo mówię, że już wtedy stamtąd znikałam. Wprawdzie wtedy oddychałam z ulgą, ale po latach to umiałam to docenić, że była taka szansa, z której ja no nie skorzystałam po prostu.
Jeszcze z takich ciekawostek mogę, że na przykład miałam szytą w „Corze”… suknię ślubną, przy czym wszytko legalnie: zgoda dyrekcji rady zakładowej, wszystkie tam pieczątki, podpisy.
myślę, że w ogóle w wielu zakładach takich, kobiety miały szanse, bo jak się uczyły, korzystały ze szkoleń… Ja nie mówię, żeby szwaczka poszła na studia, ale mogła skończyć czy średnią szkołę, czy iść na jakieś kursy.
Nie, nie. Była pracownia. I mama mówi: „ tylko, słuchaj, ja cię bardzo proszę, nie mów, że to jest pani krawcowa, ani krojczyni, to jest pani modelarka” tam podała mi nazwisko. „Tylko nigdy nie mów tak, bo to nie jest to”. Ja tam byłam na przymiarce, zostałam prze mamę zbesztana, że przyszłam w starym staniku, no bo to faktycznie trzeba być w takim staniku, który będzie pod suknią, a nie w jakimś takim spranym, porozciąganym, bo to nie ma efektu.
Potem ja trafiłam do szpitala i na drugą, czy tam na trzecią miarę to wiem, że ta pani przyjechała do mnie do tego szpitala, to chyba mój ojciec ją przywiózł, i w szpitalu ja byłam w piżamie, w spodniach, z temperaturą. Trzęsłam się z tej temperatury i ona mnie dalej tam mierzyła, ja przymierzałam, już miałam nowy stanik, już wszystko było… no suknia była piękna i tak dalej, no bo ja chciałam taką bardzo skromną. Mnie się wydawało, że to była skromna, ale dobra, ale nawet coś takiego. Oczywiście materiał to mama sama kupiła i nie w „Corze”, tylko gdzieś tam w MHD.
Miejski Handel Detaliczny. Tak się nazywały niektóre takie sklepy, że to właśnie podlegały pod MHD. No tak jak na wsi były GS-y: Gminne Spółdzielnie.
Nie mam jej dzisiaj, ale ponieważ ona była długa, to ją skróciłam tak… i ponieważ była taka jasna, taki krem w beż wpadający, taki ciepły kolor, miała tutaj perełki naszyte… Ale zużyła się, tu plamka, tu plamka, to ją jeszcze zahaftowałam gdzieniegdzie kolorowymi kwiatkami i jeszcze mi służyła przez następne z 10 lat. Dokładnie do ostatniej kropli krwi została wykorzystana tak, nie ma lekko.
miałam szytą w „Corze”… suknię ślubną, przy czym wszytko legalnie: zgoda dyrekcji rady zakładowej, wszystkie tam pieczątki, podpisy.
Nie, nie. Jeszcze gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych patrzę na płaszcz w sklepie. I kurczę, jak ten płaszcz się różni od innych, patrzę, „Cora”. No i oczywiście kupiłam.
Tak, w zwykłym sklepie w Warszawie. Jeszcze w jakiejś hali z płaszczami i kurtkami, gdzie tego było naprawdę bardzo dużo. Tak szłam, szłam. I „To! moje no, moje”.
Nie wiem po czym to było widać, no po jakimś stylu… tak jak po sznurku no.
To znaczy z tymi zmianami to było bardzo przykre, nie żal mi było FSO, no bo no trudno, no my nie będziemy produkować mercedesów, no a polonezy są, były przestarzałe. Ale „Cora”…
No od tych lat sześćdziesiątych to ile mamy? 40 lat? 60 lat?
60 lat, a jak człowiek pamięta, co było kiedyś, jak od takiego skromnego zakładu, który się rozwijał, który budował, inwestował, żeby coraz lepiej tam było, dbano o tych pracowników, no to było dla mnie… No tak, z perspektywy czasu wtedy to było normalne, a teraz z perspektywy czasu, że to było bardzo piękne. Budynek, jak budynek, nie był to żaden zabytek, jak już nie ma co produkować, ale też można było to wykorzystać na różne rzeczy, na przykład przerabiają takie byłe zakłady produkcyjne na mieszkania, na takie lofty.
Tam na Pradze, no wiadomo jak jest z mieszkaniami, zresztą, tak jak wszędzie. Z takimi tanimi mieszkaniami. Było mi bardzo przykro.
Nie, niestety. Było tak, że ja czasami 2-3 takie wielkie wory ubrań miałam, musiałam szafę opróżnić, bo były albo za małe, albo za duże, albo cisnęły, albo spadały, więc…
No tak, tak jeszcze nawet… kiedy to było? w latach właśnie 2000-któryś, piętnasty rok ciocia zmarła, to 10 lat ponad temu… Jeździłam do mojej cioci, do Łodzi, do siostry mojej mamy, która właśnie miała Alzheimera i przez wiele lat tam jeździłam, przychodziła też opiekunka, ale po jakimś czasie nie dawała już rady, trzeba było cioci załatwić stały pobyt tutaj i do Warszawy ją przywiozłam. No i trzeba było opróżnić jej szafy. Znalazłam wtedy dwie marynarki z „Cory”, ale były na mnie za ciasne, no i piękny płaszcz prochowiec. Miałam taki sam, tylko granatowy, no ale właśnie wyrosłam i spłowiał. Ona miała swój, 2-3 razy go nosiła, w pokrowcu wisiał taki. Ja go wzięłam, na wszelki wypadek. Może nie wykazałam cierpliwości, że może schudnę, ale żal mi go było, oddałam go komuś, ale naprawdę, prawie nówka.
Z tymi zmianami to było bardzo przykre, nie żal mi było FSO, no bo no trudno, my nie będziemy produkować mercedesów, no a polonezy są, były przestarzałe. Ale „Cora”… […] 60 lat, a jak człowiek pamięta, co było kiedyś, jak od takiego skromnego zakładu, który się rozwijał, który budował, inwestował, żeby coraz lepiej tam było, dbano o tych pracowników.
Nie, ona była farmaceutką i jak moja mama obsługiwała maszynę do szycia, to ciocia obsługiwała druty i szydełko. Ona nam pasjami robiła właśnie swetry, serwetki i tak dalej… Siostry się podzieliłyśmy talentami.
Nie, nie, nie.
Bywałam tam.
Wiem, że było kilka pięter, że w jednym na przykład krojono, w innym szyto, w trzecim tam, załóżmy, wykańczano. A może to było odwrotnie? Od góry do dołu, czy od dołu do góry, to już tego nie pamiętam, ale byłam na tych halach i bardzo mi się podobały, na przykład żelazka, jak panie tam prasowały, że na takich wielkich sznurach… Odstawia, bierze, odstawia, no wielka hala, i tych żelazek mnóstwo. Kurczę, to dla mnie wyprasować chusteczki do nosa to już taki problem, a tutaj pracują non stop i … bardzo mi się to podobało. Ale byłam też dla porównania w Łodzi na tkalni tam gdzie krosna są — to w porównaniu z tym, a tutaj tu to było — nie wiem — piekło a niebo. Tam: hałas, pył, latanie przy tych krosnach, to wielkie takie… nie wiem: z 10 m, albo większe, takie długie, i trzeba było latać wzdłuż tego.
A tutaj cisza, spokój naprawdę, no zupełnie inne warunki.
Nie. Ewentualnie te noże to mogły być głośne, ale nie pamiętam… po tych krosnach to wszystko były dla mnie ciche.
Tak, bo to tak śmiesznie — te wszystkie, takie kręcone te kable, żadna się nie pomyliła.
Byłam też tam gdzie szyli: no nie wiem jak to szwalnia nie szwalnia, nie wiem jak to się nazywało. Właściwie to ja tam wszędzie bywałam, teraz jak sobie przypominam.
Tak, tak właśnie „chodźmy, zobaczymy co teraz będą szyć, bo to warto by sobie potem zapolować na to lub tamto”.
Tam młodzi wszyscy, no panowie to tam byli mało tym zainteresowani, wręcz niezainteresowani, ale dziewczyny to jak najbardziej. No nawet popatrzeć na te materiały to była frajda.
Ja to do tej pory lubiłam iść do sklepu i wziąć materiał: „o jaki ten, o jaki tamten ładny”. Moja mama wiedziała, że to jest len, ale to może być na przykład płótno, satyna, coś tam jakiś inny splot. Ja się tego uczyłam latami, że co innego jest surowiec, a co innego jest splot, że może satyna to jest splot.
I satyna może być bawełniana, lniana, półjedwabna, jedwabno — bawełniana, albo sztuczna.
Od mamy tak tak, a moja mama to nie wiem, chyba od urodzenia, od kołyski to wie, bo tam w Łodzi każdy to wiedział, nie wiem jak…
byłam na tych halach i bardzo mi się podobały, na przykład żelazka, jak panie tam prasowały, że na takich wielkich sznurach… Odstawia, bierze, odstawia, no wielka hala, i tych żelazek mnóstwo.
To znaczy z taka jedną dziewczynką, koleżanką… Wiem tylko, że ona była z Ząbek. Że skończyła liceum i z Ząbek sobie bardzo ceniła dojazd. Dla mnie te Ząbki to były gdzieś tam, no nie wiem, pod Świdrem, a ona tak mówi, że ona pociągiem ma 10 minut [do „Cory”]. Na stacji wychodzi, i praktycznie już jest w „Corze”. Ma bardzo dobry dojazd. Dla mnie dojechać pociągiem spod Warszawy, to nie wiem, ze dwie godziny pewnie.. a ona mówi że świetnie jej tam. Druga, nie pamiętam imienia, ona też mieszkała na Woli niedaleko mnie i ona na początku była, no nie wiem jak to powiedzieć, tym starszym „wprowadzaczem” — dziurkaczem tych kart i ona mnie wszystkiego uczyła.
Głupio było, bo ona potem tak czuła, znaczy ja to tak odczuwałam, że ona mi jakby zazdrości, że może ja wejdę na jej miejsce.
Ja, owszem mówiłam, że ja mam inne plany, ale chyba mi nie wierzyła.
Miałam, ja to odczuwałam, że trudniej. Gdybym była, ze 2 lata starsza, to bym była bardziej mądra, no a to człowiek młody, to ma ideały…
Wiem, że tam byli panowie, pamiętam twarze, ale nie pamiętam imion i nazwisk.
Tak. Pamiętam takie fragmenty, że oni tam całą noc siedzieli, bo im się opóźniło wejście na komputer, dopiero o jedenastej w nocy mogli wejść. Do czwartej rano to robili, to potem jeszcze sprawdzili wszystko. I przyjechali prosto do zakładu, są padnięci… No takie strzępy rozmów…
Znaczy, ja dostawałam plik dokumentów. I na przykład dostawałam dokumenty, no powiedziałabym tak zwanego obrotu materiałowego, czyli że coś na przykład weszło do magazynu albo zeszło z magazynu, czyli pezetka albo wuzetka i to musiałam te dane – wiedziałam, które: data, ilość, cena, marża itp. że te wszystkie dane trzeba było odpowiednio na te karty nanieść.
Potem się naciskało guzik i to wszystko — cała zawartość tego dokumentu — już była na tej karcie.
I potem te karty szły do komputerów. Albo na przykład to były płace, że tam Kowalski tyle dniówki, tyle podstawowej, tyle za to, tyle dodatek taki, zasiłek rodzinny, zasiłek chorobowy, potrącenie za spóźnienie, coś tam, i znowu trzeba było znowu odpowiednio to tam zaprogramować i wprowadzić żeby było na tych kartach dziurkowanych i to znowu szło zbiorczo do tego komputera.
Poza „Corą”, gdzieś to było na Mokotowie.
Jeździli, tak, ja też z nimi kiedyś pojechałam, ze 2 razy, mnie to też ciekawiło. Komputery… o matko, a tu jakieś szafy — dla mnie komputer to było taka maszynka do liczenia, bo dużo osób na ten nieliczne, wtedy sprowadzane pierwsze kalkulatory mówiło komputery. Albo „kopjutery” żeby było tak bardziej zagranicznie. A tutaj wielkie takie szafy… tu się wkłada, tu wyjmuje, tu jest druk, wszystko tam pracuje, szumi klimatyzacja, bo musiała być odpowiednia temperatura i tak dalej.
Ze dwa razy tam byłam, raz żeby zobaczyć, drugi raz, żeby to sobie utrwalić, ale gdzie to było dokładnie to nie pamiętam… Ja nie wiem czy to nie było gdzieś przy GUS, ale nie, jak przy GUS to chyba bym zapamiętała. Gdzieś był taki osobny budynek.
To „Cora” tam wynajmowała godziny na tym komputerze.
Godziny czy tam dni, nie wiem jak.
na przykład dostawałam dokumenty, no powiedziałabym tak zwanego obrotu materiałowego, czyli że coś na przykład weszło do magazynu albo zeszło z magazynu, czyli pezetka albo wuzetka i to musiałam te dane […] odpowiednio na te karty nanieść. Potem się naciskało guzik i to wszystko — cała zawartość tego dokumentu — już była na tej karcie.
No mnie było bardzo miło.
Chcesz podzielić się swoim wspomnieniem?
Kliknij i zgłoś wspomnienie! Skontaktujemy się z Tobą, żeby omówić publikację.
Dostępność zbiorów
Zbiory są dostępne w ramach licencji Creative Commons BY-NC 4.0. Oznacza to, że możesz je udostępnić używając poniższego przypisu, jednak nie w celach komercyjnych. Szczegóły na temat licencji znajdziesz tutaj ⇒
Wzór przypisu
Aleksandra Wierzbicka, Płaszcz inny niż wszystkie. Wspomnienia pracownicy ośrodku obliczeniowego w „Corze”, Warszawa 2026, Grochowskie Archiwum Społeczne.
Opracowanie
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury — państwowego funduszu celowego.

Wspomnienie
Odkrywaj grochowskie historie
Przejdź do zbiorów