Jolanta Kalopsidiotis

Całe to moje życie było jakby naznaczone historią pracy mamy w „Corze”

Data powstania

14 lipca 2026


Prowadzenie rozmowy

Agata Koszulińska, Dorian W. Widawski


Transkrypcja

Agata Koszulińska


Redakcja

Pola Trąbińska


Przygotowanie audio

Alicja Świerzewska

Wysłuchaj historię mówioną

 

Proszę opowiedzieć o swojej mamie, jej pracy w zakładach „Cory” oraz o swoich najwcześniejszych wspomnieniach z tego okresu.

Nazywam się Jolanta Kalopsidiotis z domu Dądzik i jestem córką kobiety, która bardzo, bardzo, bardzo dawno temu pracowała w zakładach „Cory”. Mama nazywała się Krystyna Dądzik, a z domu Wojciechowska. Nawet nie wiem, pod jakim nazwiskiem figurowała w zakładach „Cory”. W każdym razie pracowała tam w latach 60. Skąd ja to pamiętam? Ja się urodziłam w roku 1960. Mama opowiadała mi, że zanosiła mnie do żłobka zakładowego „Cory”, który był na terenie zakładów, i wtedy udawała się na dział pracy, a w przerwach podobno przychodziła pod okna żłobka i podglądała, czy jej dziecina dobrze się ma. Także wspomnienia moje w zasadzie są tutaj nieistniejące, bo tego wieku nie pamięta nikt — wieku żłobkowego. Mam natomiast bardzo ciekawe zdjęcia z tego okresu, które zakład „Cory” robił i rozdawał rodzicom. Nie wiem, czy za opłatą, czy bez — też tego już nie mogę się dowiedzieć, ponieważ mama już nie żyje. 

 

Co jeszcze ciekawego mogę powiedzieć? Jak byłam już starszą dziewczynką, czyli lata 60. (1967, 1968), czyli pierwsza, druga klasa szkoły podstawowej, pamiętam, że tańczyłam w zespole tanecznym, który był prowadzony przez zakłady „Cory”. Brałam udział w przedstawieniu. Tematem była taka wizualizacja ogrodu… maleńkiej ogrodniczki, która podlewa kwiaty, zasypia i wtedy te kwiaty tańczą. Czy to był jej sen, czy to była jej… nie wiem, czy to był świat fantazji, to już mniejsza z tym, bo nie pamiętam zamysłu scenografa. Natomiast pamiętam, że to się wiązało z olbrzymią traumą u mnie, taką psychiczną. Byłam niesamowicie stremowana. No, maleńka dziewczynka, która tańczyła solo na scenie. To była bardzo ładna, duża scena z kurtyną, z bardzo dużą widownią. Prawdopodobnie był to jakiś spektakl specjalnie dla pracowników „Cory” przygotowany. Także ja, maleńka taka dziewczyneczka siedmio-ośmioletnia, z koneweczką tańczyłam solo, podlewając na niby te kwiaty. Kwiatami były starsze dziewczynki, siedziały dookoła mnie z pięknymi dekoracjami na głowie. No, wszystko to pamiętam jakoś jednak. Także później, w momencie gdy zasypiałam na scenie, oczywiście na niby, dziewczynki wstawały i odtańczyły jakąś piękną choreografię kwiatów tańczących dookoła. Także to są moje wspomnienia bezpośrednio związane z „Corą”.

 

No natomiast później już mama zmieniła pracę, przeprowadziliśmy się, także już wtedy nie byłam tak blisko tego rejonu, chociaż muszę powiedzieć, że za każdym razem wracając do Polski — bo tu jest taka mała dygresja, że wyjechałam na dość długo i żyłam za granicą na Cyprze — każdy powrót na letni czas tutaj z moimi dziećmi zawsze wiązał się z odwiedzeniem tego miejsca. Odwiedzałam sklep firmowy. Zakupiłam kilka bardzo ciekawych ubrań w tym sklepie firmowym. Do tej pory pamiętam jakość tego szycia, była niesamowita. To naprawdę był poziom wysoko, wysoko międzynarodowy. No i moja mama osiągnęła olbrzymie zdolności pracując w tym zakładzie, bo szyjąc później dla siebie różne rzeczy w domu, no to naprawdę była to perfekcja — perfekcja wykończeń, dziurki na guziczki i w ogóle. Także każdą moją zachciankę wykonywała i byłam na studniówkę ubrana w spódnicę i bluzkę szytą przez mamę. Czyli całe to moje życie gdzieś tam jednak później było jakby naznaczone tą historią pracy mojej mamy w „Corze”.

 

Mam też właśnie fajne zdjęcia z tego żłobka, gdzie można… może to jest teraz już takie specyficzne i obce dla współczesnych, ale choćby te łóżeczka metalowe z obtartą farbą, z takim designem, jak to się otwiera tą poprzeczkę, żeby te dzieci nie wypadły. No to jest świat bardzo obcy teraz dla współczesnych ludzi. Znaczy, ja też jestem współczesna, ale jestem jednak z tej dawniejszej epoki. Czyli warto przyglądać się historii, warto pamiętać, warto opowiadać i czasami też, taki wniosek wyciągnęłam w swoim życiu, że za mało pytań zadajemy, że fajnie by było, żebyśmy zadawali pytania naszym ojcom, dziadkom, bo nic później o nich nie wiemy. A oni też uważają często, że to, co przeżyli, wcale nie ma większego znaczenia, a tak nie jest. Każdy ich ruch życiowy, każdy przypadek nawet tworzy historię. Historię, która buduje nasze życie. To by było na tyle.

quote

Czyli warto przyglądać się historii, warto pamiętać, warto opowiadać i czasami też, taki wniosek wyciągnęłam w swoim życiu, że za mało pytań zadajemy. Fajnie by było, żebyśmy zadawali pytania naszym ojcom, dziadkom, bo nic później o nich nie wiemy.

Proszę opowiedzieć jeszcze trochę o mamie — w jakich latach i jak długo tam pracowała? Czy pamięta Pani, żeby coś mówiła o tej pracy albo wspominała ją w późniejszych latach?

No właśnie tutaj ja byłam w tak niezaawansowanym wieku, że bardzo mało pamiętam na ten temat, ponieważ byłam w wieku żłobkowym tam w „Corze”, czyli mówimy o tym, że były to lata 60. Przypuszczam, że mogło to trwać do lat 70. Na pewno później mama tę pracę zmieniła, bo miała dwoje dzieci i widocznie ta praca na akord już jej nie bardzo odpowiadała. Natomiast na pewno zaczęła pracować, zanim się urodziłam, więc też nigdy o tym mi nie opowiadała — zresztą komu opowiadać, noworodkowi? Także to były takie… a później to się zatarło, ponieważ było już nieaktualne, bo już była praca w WSK, czyli cały czas jednak była ta praca związana z Grochowem, bo mieszkałyśmy najpierw na ulicy Rybnej, później na ulicy Kobielskiej, więc cały czas te nasze losy były bardzo silnie związane z Grochowem. Ale na ten temat niewiele mówiła, wspominała oczywiście, dużo szyła, nauczyła mnie szyć, czyli przy tym szyciu zawsze wspominała, że to zawdzięcza pracy w zakładach „Cory”, to, co umie, ale to w zasadzie wszystko.

 

A czy wie Pani, czy skończyła szkołę „Cory”, czy przeszła tam jakieś szkolenie?

Szkolenie, bo mama nie miała wykształcenia większego. Jako starsza kobieta w ogóle zrobiła sobie maturę później, także przypuszczam, że było to tylko szkolenie.

 

A jak pamięta Pani dawny Grochów — rzeczywistość tego miejsca z tamtych lat, które było i jest obecne na mapie? „Corę” jako miejsce cudzej pracy, niezwiązaną z Pani rodziną?

Znaczy dla mnie Grochów to jest taka moja kolebka tak naprawdę. Bo to były i szkoły — pierwsza moja szkoła, pierwsza, druga klasa, to szkoła nr 255, która do tej pory istnieje. Ten bruk, kocie łby, po których biegałam jako dziecko, te wozy konne i panowie woźnice krzyczący: „Szmaty, butelki skupuję!” albo że z balkonu kamienicy na Rybnej oglądałam konia przywiązanego do drzewa naprzeciwko na jakimś takim polu. No rzeczy, które pamiętam, których teraz już w ogóle nie ma i czasami próbuję przejść się przez te miejsca — to zupełnie inny świat już, nie odnajduję już tych elementów, które pamiętam. Teraz też mieszkam cały czas na Pradze-Południe, bardzo lubię tę dzielnicę i myślę, że ona nabiera teraz jakiejś takiej jakości i ludzie zaczynają szanować ten Grochów bardziej.

 

Ulica Rybna się bardzo nie zmieniła. Ma Pani zdjęcie, które wygląda bardzo współcześnie, a jednocześnie widać, że ma swoje lata?

Tak, tak. To jest autentyczna ulica Rybna. Idę z mamą i z małą siostrzyczką w wózeczku. Także to zdjęcie, jeżeli tylko jest ochota, ja podaruję.

 

Na pewno chętnie je przyjmiemy, bo jest rzeczywiście magiczne, ma ileś lat, a ulica Rybna wygląda podobnie. A czy chciałaby Pani coś jeszcze dodać — albo o „Corze” albo o Grochowie?

Pamiętam, że któregoś roku, przyjeżdżając na wakacje znowu do Polski, przeszłam się jak zwykle ulicą Terespolską, bo to była, tak jak mówię, moja kolebka, wracałam do tego miejsca bardzo często. No i trafiłam na moment wyburzania zakładu. Poczułam bardzo, bardzo duży żal, muszę powiedzieć. Bardzo duży żal, bo budynek był niesamowicie specyficzny i tyle historii i wszystko leci w gruz po prostu. Prawdopodobnie mam gdzieś nawet zdjęcia zrobione z tej demolki, ale musiałabym poszukać w archiwach w komputerze, możliwe, że ich nie skasowałam. Także był to duży żal dla mnie, że nie zagospodarowali tych budynków, bo uważam, że można by było, tylko że zostały zupełnie skasowane i zniszczone.

quote

Teraz też mieszkam cały czas na Pradze-Południe, bardzo lubię tę dzielnicę i myślę, że ona nabiera teraz jakiejś takiej jakości i ludzie zaczynają szanować ten Grochów bardziej.

Budynek nie przetrwał, ale do dzisiaj ma Pani ubrania z „Cory”?

Tak, to prawda. Mam przepiękny przede wszystkim płaszcz, półklosz na przepięknej podszewce, ciemna butelkowa zieleń. Płaszcz ten założyłam tylko dwa razy w życiu, ponieważ jest tak strojny, tak elegancki. Zaszczycił kiedyś wernisaż mojej własnej wystawy, bo jestem po Akademii Sztuk Pięknych, więc zrobiłam już sporo wystaw swojego malarstwa. Więc chyba na jednej z pierwszych moich wystaw zaprezentowałam się właśnie w tym płaszczu z „Cory”. Zresztą wzbudził bardzo duże zainteresowanie, bo fotografowie biegali za mną i mnie fotografowali, jakbym była jakąś modelką po prostu. Także płaszcz jest cudowny, cały czas wisi u mnie w szafie i czeka może jeszcze na jakąś specjalną okazję.

 

I jeszcze jakieś ma Pani ubrania z tamtych lat?

Kiedyś jakąś garsonkę jeszcze. Tak, garsonkę miałam śliczną, granatową, no ale niestety troszeczkę kilogramów przybyło i musiałabym się jej pozbyć. To chyba wszystko, co pamiętam.

 

Opowieść była bardzo spójna, ale zapytam jeszcze — czy z naszej wcześniejszej rozmowy w ogrodzie chciałaby Pani coś jeszcze dodać?

Nie, mi się wydaje, że wszystko już tak mniej więcej ujęłam.

 

Bardzo barwnie i szczegółowo pamięta Pani ten spektakl!

Tak, tak. No bo to dla mnie odbiło się bardzo mocno w mojej pamięci, bo to było olbrzymie przeżycie dla mnie. Olbrzymie przeżycie! Ja pamiętam, że ja się bałam spojrzeć na tę widownię, że tam tyle tych ludzi siedzi. No bo co to taki mały dzieciaczek, prawda? I to jeszcze solową rolę tutaj odtańczyć ma! Także byłam niesamowicie przejęta. Pamiętam, że to było właśnie z koneweczką, musiałam stanąć na jednej nodze, druga noga do tyłu wysunięta, taka troszeczkę baletowa poza i tak dookoła te kwiatki podlewałam. Także byłam niesamowicie przejęta. Dziewczynki już były dużo starsze, ta reszta, te kwiatki, więc w ogóle czułam się jak taki malutki robaczek wśród nich. No ale widocznie pani choreograf zauważyła we mnie talent.

 

Rzeczywiście mama w ogóle była tancerką — nie tancerką dokładnie, ale zanim pracowała w „Corze” była członkiem Zespołu Pieśni i Tańca „Dzieci Warszawy”. Zresztą to był bardzo znaczący zespół, który tańczył nawet na otwarcie Pałacu Kultury. Także mama była bardzo obyta z tańcem, ze wszelkimi tańcami folklorystycznymi i innymi. Ten taniec miał dla niej zawsze olbrzymie znaczenie. No i tak mnie właśnie popchnęła też troszeczkę prawdopodobnie do tego klubu „Cory”, żebym tam też zaczęła tańczyć. Już nie mówię o tym, że kiedyś mnie popchnęła nawet do szkoły baletowej, żebym zdawała egzamin do klasy eksperymentalnej dzieci 11-letnich. No i rzeczywiście zdałam ten egzamin, ale ponieważ tylko czworo dzieci się zakwalifikowało, no to taka klasa nie powstała i bardzo dobrze, bo nie chciałabym być baletnicą — bardzo ciężki zawód i jednak szkodliwy też.

quote

Ja pamiętam, że ja się bałam spojrzeć na tę widownię, że tam tyle tych ludzi siedzi.

Lata 60. to złoty okres w „Corze”, gdy zaczynają tam pracować projektantki znane do dziś.

Tak, tylko ja przypuszczam — byłam dzieckiem, żeby to pamiętać, ale z doświadczenia wiem — że na pewno nie były tak docenione jak teraz z perspektywy czasu. Prawdopodobnie były panie, które tam pracowały, rysowały, projektowały te ciuszki, ale przypuszczam, że były traktowane zupełnie normalnie, a nie z tą poświatą znaczenia artystycznego. Natomiast gdzieś — nawet nie wiem, czy to też nie ma znaczenia — mój pierwszy rok studiów to spróbowałam dostać się do Łodzi na projektowanie odzieży właśnie. Także kto wie! Teraz tak sobie skojarzyłam ten fakt, że może to było właśnie też przeniesienie tych kontaktów mamy z zakładem „Cory” i gdzieś to we mnie tkwiło to szycie. Widziałam często mamę, która kroiła nowy wzór dla siebie jakiejś odzieży, dobierała materiały, więc gdzieś to tam we mnie tkwiło i rzeczywiście pierwszy rok studiów udałam się do Łodzi na projektowanie odzieży, ale później cofnęłam się, wróciłam do Warszawy i podjęłam inny kierunek studiów, ale też twórczy — wzornictwo przemysłowe, także projektantką jestem, jakby na to nie patrzeć.

 

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić zakład pracy, w którym występują dzieci, organizuje się przedstawienia i działa przyzakładowy żłobek.

Tak, to były inne czasy na pewno. Chociaż patrząc na ten zakład pracy, to raczej on mi się kojarzył z takim nieprzyjemnym miejscem — to były mury, okna zamknięte bardzo mocno, obszar, że wchodzisz tam i stajesz się częścią jakiejś maszyny, pewnie nawet nieistotną. Natomiast w ogóle całe społeczeństwo tego okresu powojennego — bardzo mało mu brakowało do szczęścia, więc myślę, że nawet takie zabiegi ze strony zakładu czy państwa, jak przedstawienia, jakieś paczuszki dla dzieci na Boże Narodzenie czy inne święta, to były bardzo wysoko cenione. Ja sama pamiętam, że nie było pomarańczy, nie było bananów, nie było takich rzeczy w ogóle w sklepach, więc taka paczka zakładowa, a tam nagle pachnący pomarańcz! One były zawijane w takie przepiękne serwetki z nadrukami, także nawet się kolekcjonowało właśnie te serwetki. One były naprawdę przepiękne i przypuszczam, że są jeszcze kolekcjonerzy, którzy je posiadają. Ja sama kolekcjonowałam, ale kiedyś zostało to jednak wyrzucone, może nawet też przeze mnie samą niedocenione, no co tam, ze starych lat, serwetka po pomarańczach z paczki zakładowej.

 

To było tak przyjemne odczucie, że dają nam dwa pomarańcze, banana i orzechów, to było święto, cud i to było coś wspaniałego. Dlatego mówię, że łatwo było wtedy zaspokoić to uczucie szczęścia.Bardzo małe rzeczy dawały szczęście. A poza tym zależało im na tym, żeby mieli tych pracowników, więc żeby ta kobieta nie ganiała z tym dzieckiem gdzieś, to był bardzo dobry ruch zrobienia tego żłobka na terenie zakładu pracy. Uważam, że mogliby to spapugować obecnie w tych wielkich korporacjach. No bo jednak tak, to jest temat — kobieta ma dziecko i co, jak ma pracować, tak ? No niestety to są problemy. 

 

Nie wiem, na jakiej zasadzie płatny był ten żłobek. Może to gdzieś jest zaznaczone w archiwach, ale to na pewno była duża wygoda, że matka udawała się do zakładu pracy razem z dzieckiem, zostawiała pod fachową opieką, no fachową, bo nic mi się nie stało przecież, i sama mogła spokojnie pracować. Koniec pracy, zabiera dziecko i jedzie do domu.

 

Dzisiaj ten teren wygląda inaczej. Mogłaby Pani zwizualizować mapę dawnych zakładów „Cora”?

To na pewno. Żłobek był w narożniku całego obszaru zajmowanego przez zakłady pracy — to był niski pawilonik parterowy, był w narożniku ulicy Stanisławowskiej z Terespolską, prawie że przy ogrodzeniu, przy parkanie. Samodzielny budynek.

 

A same zakłady to była duża przestrzeń, olbrzymi moloch. Co pamiętam z późniejszych lat, to ten żałosny gruz, dźwigi i koparki rozwalające wszystko brutalnie. Ten narożnik, w którym stał żłobek, miał dookoła troszeczkę wolnej przestrzeni — może po to, żeby hałasy ze szwalni nie dochodziły do dzieciaczków, chociaż tam na szwalniach był taki szum maszyn, że na pewno dźwięki z zewnątrz nie dochodziły.

quote

A same zakłady to była duża przestrzeń, olbrzymi moloch. Co pamiętam z późniejszych lat, to ten żałosny gruz, dźwigi i koparki rozwalające wszystko brutalnie.

Czy czuje Pani, że jeszcze coś warto dodać z lat późniejszych, kiedy też Pani tam bywała?

Później, to tak jak mówię, pamiętam sklep firmowy. Wydaje mi się, że ten sklep był w budynku z tą sceną, na której kiedyś tańczyłam. Pamiętam, że trzeba było wejść po schodkach do tego miejsca, gdzie na wieszakach wisiały ubrania — to były jakieś pojedyncze sztuki często. Kiedy ja musiałam kupić ten płaszcz i tę garsonkę? Hmm, to musiały być lata 80., może 1989 rok. Pamiętam, jak tam weszłam na firmową wyprzedaż odzieży, przypomniałam sobie: „Ojej, tak, to tutaj kiedyś była ta scena, na której tańczyłam”. Z moich wspomnień na to wygląda, że sklep powstał w miejscu dawnej sceny, w bocznym skrzydle lub budynku po prawej stronie, stojąc twarzą do zakładów „Cora”. 

 

A czy Pani mama kupowała rzeczy z „Cory”, czy raczej szyła samodzielnie?

Myślę, że szyła samodzielnie. To nie były bardzo tanie rzeczy, to był towar ekskluzywny, szyty m.in. za granicę, o bardzo wysokich standardach. Przypuszczam, że nie było stać mojej mamy na zakupienie takich ubrań, ale była w stanie uszyć tak, jakby było to z „Cory — ze stebnowaniami, ze wszystkim dokładnie. Maszynę miała zupełnie inną, rosyjską, Tułę. Nauczyłam się na niej szyć od mamy. Maszyna była nie do zdarcia, podobno robiona ze stali osiąganej z czołgów powojennych. Wspaniała, mocna maszyna. Bardzo długo ją miałam i używałam. Oddałam ją później pewnej pani, która jest kolekcjonerką maszyn, bo z tego co się dowiedziałam nie dałoby jej się już wyremontować.

 

To zamienienie sceny w sklep to nowa informacja — rekonstruujemy tę rzeczywistość, gdzie każdy ma wybiórczą pamięć, ale na przykład fakt, że pracownice „Cory” rzadko miały stamtąd ubrania, rzeczywiście się powtarza.

Powtarza się, tak. To był ekskluzywny towar, a ich zarobki nie były duże. Mnie się też podoba to, że po prostu było to normalne, że szyło się sobie ubrania. Ja zawsze byłam obszyta przez mamę, obrobiona na drutach. Wszystko było wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju. Może dlatego zbudowało to we mnie przekonanie, że sama też mogę wszystko zrobić. Mama zaszczepiła we mnie pewność siebie i wiarę w siebie, i za to jej dziękuję.

Chcesz podzielić się swoim wspomnieniem?

Kliknij i zgłoś wspomnienie! Skontaktujemy się z Tobą, żeby omówić publikację.


Dostępność zbiorów

Zbiory są dostępne w ramach licencji Creative Commons BY-NC 4.0. Oznacza to, że możesz je udostępnić używając poniższego przypisu, jednak nie w celach komercyjnych. Szczegóły na temat licencji znajdziesz tutaj ⇒


Wzór przypisu

Jolanta Kalopsidiotis, Całe to moje życie było jakby naznaczone historią pracy mamy w „Corze”, Warszawa 2026, Grochowskie Archiwum Społeczne.


Opracowanie

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury — państwowego funduszu celowego.


Powiązane

Odkrywaj grochowskie historie

Przejdź do zbiorów